niedziela, 31 marca 2013
Rozdział 2
Pamiętam jaki wtedy byłem przerażony. W sumie kto by nie był? Zdarzyła się rzecz której bałem się najbardziej. Oczy dziwnie mnie piekły, chciało mi się płakać ale nie leciały łzy. Czekałem aż umrę z braku tlenu, aż zacznę się dusić. To czekanie było najgorsze. Wiedziałem co się stanie i nic nie mogłem na to poradzić.
Jednak śmierć długo po mnie nie przychodziła. Pewnie jej pociąg miał opóźnienie, co w naszym pięknym kraju nowością nie jest.
Dopiero wtedy postanowiłem wykorzystać to opóźnienie. Szukałem palcami szczeliny którą mógłbym powiększyć. Trochę to potrwało ale w końcu znalazłem. Odsunąłem wieko i natychmiast zaczęła na mnie spadać ziemia. Zamknąłem oczy i usta i odgarniałem ziemie kierując się ku górze.
Trochę przypominało to pływanie jednak było trudniejsze. Woda nie ma aż takiej masy.
Po paru chwilach znalazłem się na powierzchni. Poszło mi to szybciej niż myślałem. Stałem chwile zadowolony z siebie, że znowu żyję.
Jednak moja radość szybko minęła. Zdałem sobie sprawę z tego jak mało pamiętam. Stałem przez pewien czas skołowany. Spojrzałem na nagrobek.
Dawid Chruszczewski.
ur. 10.09.1995 - zm. 13.03.2013.
13.03.2013. Minęły pewnie dwa dni. Nikt nie wytrzymałby dłużej.
Gdyby nie ten napis, nie wiedziałbym jak się nazywam i ile mam lat. Jedyne co pamiętałem wtedy to wypadek i poszczególne wydarzenia z mojego życia. Wtedy błędnie myślałem, że moje zaniki pamięci są skutkiem wypadku i parodniową nieprzytomnością. Jakże się wtedy myliłem!
Usiadłem na grobie trzymając się za włosy. Gdzie ja mieszkam? Gdzie mam teraz pójść?
Jak w końcu uda mi się znaleźć dom to co mam zrobić? Wejść do domu rodziny pogrążonej w żałobie i powiedzieć "Siema! zrobiłem was w konia, wciąż żyje!"?
Z resztą czy to ważne co mam powiedzieć? Ważne jest to KOMU mam to powiedzieć. Może poczekam tu do rana, wtedy może przyjdą inni ludzie by posprzątać przed grobami swoich zmarłych lub zapalić im znicz? Chociaż co ja miałbym wtedy zrobić? Spytać się czy znają mnie? "Hej, byłem martwy na dwa dni, ale jednak ożyłem. Nie pamiętam jednak kim jestem, może ty wiesz?". Mam tak powiedzieć do jakiejś babci lub dziadka, którzy tu najczęściej przychodzą? Przecież oni zawału dostaną!
Nie będę też się włóczyć po mieście w garniaku brudnym od błota. Głupi wypadek!
Gdybym nie poszedł na tą imprezę to nic by się nie stało!
Zamiast użalać się powinienem gdzieś pójść, bo samotne spanie na cmentarzu raczej nie było moim marzeniem.
Po paru chwilach spostrzegłem, że ktoś mi się przygląda. Był to chyba miejscowy grabarz.
Miał on około trzydziestu lat. Był bardzo blady, wręcz siny. Był też wysoki i szczupły. Miał krótko obcięte czarne włosy i zielone oczy. Ubrany był w czarny, poszarpany i brudny od błota sweter, pod nim ma chyba niebieską koszulę. Kołnierz koszuli jest brudny od czegoś czerwonego. Pewnie oblał się winem. Ciemne jeansy od kolan w dół były ubłocone i poszarpane. Miał również mocno zniszczone czarne buty.
Nie wyglądał na przestraszonego, tylko na zdziwionego, ale i tak postanowiłem wytłumaczyć sytuację.
Gdy chciałem coś powiedzieć zamiast słów z moich ust wydobyły się dziwne pochrząkiwania. Złapałem się za gardło. Nie o to mi chodziło! Mogłem go tym jeszcze bardziej przerazić.
Po paru odkaszlnięciach udało mi się coś powiedzieć.
- J-jestem... ży-żywy...- z trudem powiedziałem. Gardło bolało mnie niemiłosiernie.
Mężczyzna bez cienia emocji na twarzy pokręcił przecząco głową. Sprawiał wrażenie jakby chciał coś powiedzieć. Również musiał odchrząknąć, potem dopiero coś powiedział.
- Jesteś martwy - powiedział ochrypniętym, cichym głosem.
I tak właśnie zaczął się nowy rozdział w moim życiu. Rozdział w którym jestem obecnie i z którego pewnie nigdy już nie wyjdę.
Tamten koleś, którego wziąłem za grabarza nie był grabarzem. Miał na imię Robert i pracował jako dziennikarz.
Pokazał mi tamtego dnia swój grób. Nie powiedział mi o zawodzie, sam rozpoznałem go z nazwiska.
Tamtego dnia zaprowadził mnie do chyba opuszczonej części miasta.
Było to pewne osiedle na skraju lasu. Osiedle składa się z dziesięciu bloków, dwóch kamienic oraz jednego sklepu spożywczego.
Wyglądało tak jakby ludzie opuścili je w pośpiechu. I pewnie tak było.
Tam była reszta zombie. Nie wszyscy wyglądali tak normalnie jak Robert, niektórzy byli zakrwawieni, cali w ranach a innym brakowało kilku części.
To była najgorsza noc w moim życiu. Musiałem przełamać lęk i zaakceptować ich, zaakceptować siebie.
Było ich około trzydziestu. Znałem z twarzy tylko kilku.
Tam jesteśmy teraz. Ukrywamy się tam przed ludźmi. Gdybym był człowiekiem to nie chciałbym raczej żeby horda wygłodniałych zombie chodziła koło mojego domu, więc pewnie albo zawiadomiłbym policje albo sam próbował coś z nimi zrobić, bo przecież te truposze nie będą zabijać z czystym sumieniem moich sąsiadów... no właśnie. Sumienie. To jest chyba najgorsze. Bycie zombie można porównać do jakiegokolwiek uzależnienia. Na krótki czas da się wytrzymać, jednak po dłuższej abstynencji, gdy nadarzy się okazja do zabicia tej wewnętrznej furii uzależnienia, puszczają wszelkie hamulce. Przez chwile jest się błogo zadowolonym, jednak potem rusza sumienie.
Nawet nie można czymś się zająć by odwrócić swoich myśli od tego. Bo czym może zająć się trup o ruchach nieporadnego dziadka? Tylko podczas polowań lub walk (ogólnie, sytuacji w których adrenalina wzrasta) mamy szybkie ruchy. A tak? Ślamazarne kroki, otępiałe spojrzenie. I te myśli. Myśli o ofiarach.
Nie wiem jak inni, może już się przyzwyczaili do tego i mają sumienie w dupie. Jednak ja po zabiciu kogoś wpadam w taką jakby depresje. Nie mogę nawet nikomu się wyżalić. Po prostu nie umiem. Gdy tylko chcę coś powiedzieć, zamiast zdań słychać coś jakby chrząkanie. Dźwięki te są tak przerażające i tak bardzo robi się od nich niedobrze, że staram się nic nie mówić. Dlatego nadal nie wiem co było powodem pojawienia się zombie. Nikt nie m na tyle sił by mi o tym powiedzieć.
Jednak mimo braku tej cennej cechy komunikacji można się z kimś zaprzyjaźnić.
Dowodem na to jest chyba moja "przyjaźń" z Robertem. Mimo tego, że wiem o nim tak niewiele łączy nas pewna więź. Chodzimy i "chrząkamy" w swoim towarzystwie. Pomagamy sobie w polowaniach...a właśnie.
Polowania.
Jestem głodny.
Spojrzałem na mojego przyjaciela, który siedzi obok mnie. Chyba wiedział o co mi chodzi, bo wskazał na miasto a potem na słońce.
No tak. To cholerne ograniczenie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz