poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Rozdział 3


Gdy słońce całkowicie zniknęło za horyzontem, powoli z ukrycia zaczęły wyłaniać się zombie. Nocni mieszkańcy miasta. Powykrzywiane i zakrwawione mordy wędrowały chwiejnym, jak u mocno nawalonego pijaka, krokiem w kierunku miasta. Tam, wszyscy którzy nie zdążyli dojść do domów skończą jako kolacja. Ciekawe kto teraz umrze.
  Zawsze czytam nekrologi które wiszą na tablicy na ścianie księgarni. Na szczęście nie umarł jeszcze nikt z moim nazwiskiem.
  Ginęli zazwyczaj młodzi ludzie. Ludzie, którzy mieli plany, marzenia, na pewno woleli by umrzeć inaczej. Na pewno woleli by umrzeć bezboleśnie. Zombie nie używają zastrzyków znieczulających.  Gdy już kogoś złapią ofiara nie ma szans na przeżycie. Ja zawsze staram się zabić ich jak najszybciej by oszczędzić im bólu. Nie wszyscy tak robią.
  Czas chyba ruszyć z tym chodzącym cmentarzem.
  Spojrzałem pytająco na mojego przyjaciela. Ten jednak nie odwzajemnił mojego spojrzenia, tylko nadal wpatrywał się w tłum. Szturchnąłem go i kiedy wreszcie się spojrzał wskazałem na tłum. On pokiwał przecząco głową. Jemu najwyraźniej też zebrało się na refleksje.
  Chyba dzisiaj będę musiał zapolować sam. No chyba, że trafię na resztki innego zombie, co się raczej nie zdarzy.
  Cichy głos w mojej głowie zaapelował abym pozostał w ukryciu, jednak donośny bas mojego głodu zaraz go uciszył. Pewnie na krótko, ale jednak uciszył.
Dołączyłem do orszaku głodnych. Teraz liczyło się tylko zabicie głodu.
  Gdy byliśmy bliżej miasta, coraz więcej zombie rozdzielało się w małe grupki. Ja, jako jeden z niewielu, postanowiłem zapolować sam. Z resztą byłem zbyt głodny by czekać na grupę.
Przez krótki moment byłem skołowany. Od czego mam zacząć? To zawsze mój przyjaciel wybierał ofiary. Teraz, kiedy jestem sam, nie wiem co mam zrobić. Chodzić po mieście i liczyć, że ktoś się znajdzie? Może jednak lepiej byłoby jakbym dołączył się do kogoś.
Jednak na dołączenie się było już za późno. Nie było widać już żadnego zombie.
   Trudno. Muszę poradzić sobie sam.
  Przez krótką chwile stałem w miejscu nasłuchując. Cisza. Może jestem za daleko od centrum. Przeszedłem jeszcze kilka zaniedbanych ulic. Nadal nic.
Czyżby ludzie dowiedzieli się prawdziwym zagrożeniu? Czyżby już uciekli?
 Pod śmietnikiem, koło którego właśnie przechodziłem leżało lustro. Było brudne, ale nie aż tak żebym nie mógł zobaczyć swojego odbicia.
Byłem ubrany w poszarpany garnitur, który był brudny od błota i krwi. Miałem bladą skórę spod której prześwitywały żyły. Na szyi i twarzy miałem kilka małych ran, które na szczęście nie oszpecały jej mocno.  Moje oczy, wcześniej ciemnozielone stały się dużo jaśniejsze. Natomiast moje włosy, które zazwyczaj były jasnobrązowe mocno ściemniały. No cóż....zombie nie ma kiedy i gdzie dbać o higienę  W sumie powinienem się cieszyć, że wyglądam w miarę normalne, inne zombie wyglądają jak trupy wyjęte z grobu w połowie gnicia.
Moje rozmyślania przerwał krzyk mężczyzny.
  Poczułem dziwną ulgę, jednak zaraz jej miejsce zajęło zdenerwowanie. Czy ci idioci chcą obudzić miasto? I wtedy nas znajdą i zabiją. Chociaż lepsza prawdziwa śmierć niż bycie zombie. Może jednak sprawdzę kto go zabił. A nóż uda mi się dostać trochę mięsa?
  Nie musiałem iść daleko. Ledwie parę domów dalej zobaczyłem dwa zombie nad ciałem mężczyzny. Była to mała, menelska dzielnica. Więc nawet jakby znaleźli tu kogoś szczątki, nikt by się tym za bardzo nie przejął.
  Tymi zombie byli dwaj mężczyźni. Jeden mógł mieć około pięćdziesiąt lat, a drugi co najwyżej dwadzieścia. Starzec był dość niski i gruby. Garnitur w który był ubrany nie wyglądał na mocno znoszony, więc pewnie był to jeden z nowych zombie. Pewnie też musiał wyleźć z grobu.
Młodszy był również niskiego wzrostu, jednak miał więcej mięśni. Był blondynem, a jego tłuste włosy były średniej długości. Twarz miał poobdzieraną, a poszarpane ubranie splamione krwią i błotem.
  Mężczyźni zamiast jeść, walczyli.
Jak to się mówiło...gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta? No więc podszedłem do ciała, jednak zanim zacząłem jeść, młodszy zobaczył mnie i odepchnął starca, który upadł niefortunnie na leżącą cegłę i rozbił sobie głowę zabijając się. Czyli chcąc nie chcąc pomogłem jemu? Może w ramach wdzięczności podzieli się ze mną posiłkiem?
  Jednak zamiast pozwolić mi jeść z nim, posłał mi wściekłe spojrzenie i ruszył w moim kierunku. Już szykowałem się do walki, kiedy on zatrzymał się gwałtownie i wpatrywał się w jakiś punkt za mną. Mógł to być taki trik na odwrócenie mojej uwagi. Niestety moja ciekawość wzięła górę i odwróciłem się.
 Ledwie parę metrów za mną stała chyba najpiękniejsza dziewczyna jaką kiedykolwiek widziałem. Była średniego wzrostu i miała długie, jasne włosy. Ubrana była w szary płaszcz i ciemne rurki. Stała z zaskoczoną i przerażoną miną koło narożnika domu.
  Zombie rzucił się w jej kierunku. Ja nie wiedzieć czemu też. Złapałem go w pasie i rzuciłem w bok. Zombie przewrócił się i wstał. Z jego nogi wystawała kość.
  Dziewczyna stała sparaliżowana strachem. To musiał być najgorszy widok w jej życiu. Dwa walczące trupy.
Zombie pokuśtykał do mnie i próbował na mnie skoczyć. Kolejny raz go przewróciłem.
Nie no...muszę go zabić. Innej opcji nie ma.
  Na szczęście koło schodów od kamienicy leżały puste butelki. Wziąłem jedną i uderzyłem nią w głowę leżącego zombie. Butelka rozbiła się a zombie wydał cichy jęk. Dla pewności uderzyłem go jeszcze drugą i trzecią.
  Podszedłem do dziewczyny. Gdy stanąłem przed nią spojrzała na mnie. Światło latarni oświetliło jej twarz.
Dziewczyna miała piękne duże brązowe oczy, otoczone wachlarzem rzęs. Miała również piękne pełne usta otwarte ze zdziwienia.
 W tej chwili głód przestał się liczyć. Poczułem coś dziwnego w piersi. Coś innego. Coś czego już dawno nie czułem.
Coś jak bicie serca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz