sobota, 27 kwietnia 2013

Rozdział 5


Nie wiedziałem co robić, więc tylko wybiłem szybę w oknie. Nie uderzyła się w nic głową aż tak żeby krwawiła wiec raczej źle nie jest.
Tak w zasadzie, skoro jest nieprzytomna to mogę sobie spokojnie odejść od niej. Zapomni pewnie o całej sprawie lub będzie myślała że coś jej się przyśniło.
Ale przecież nie mogę pozostawić tu jej samej. Jeśli coś jej się stało jednak, jeśli będzie mieć jakiś wstrząs to nikt jej nie pomoże bo nikt tu nie przychodzi.
Wiem już co zrobię. Skorzystam z jej telefonu i zadzwonię bo pogotowie a potem od razu ucieknę. Szkoła jest niedaleko rzeki wiec spokojnie uda mi się uciec.
Skorzystać z telefonu...jakie to wydaje się proste. Proste, dla osoby o żywych palcach. Ja jako trup, mam też trupie palce. Sztywne i zimne. No ale ok, spróbuję.
Wyjąłem z jej torebki telefon. Była to jakaś dotykowa nokia. Włączyłem ją i z trudem odblokowałem ekran. Potem było już lepiej, tylko nacisnąłem na słuchawkę a potem wybrałem odpowiedni numer. Zdziwiłem się, że jeszcze go pamiętam, ale to pewnie dlatego że jest krótki.
Szkoda że nie pamiętam swojego...lub kogoś kogo znałem. Mógłbym wtedy zadzwonić do siebie, rodziców albo znajomych...Chociaż i tak nie miało by to sensu. Nie umiałbym dobrać odpowiednich słów o ile w ogóle potrafiłbym się wysłowić. I co miałbym im powiedzieć?
"Hej tu Dawid...tak, ten martwy Dawid"? Niech już lepiej myślą, że jestem martwy...ale tak prawdziwie martwy.
Dobra, wracając do tematu. Po kilku sygnałach jakoś udało mi się połączyć z pogotowiem. Odebrała kobieta.
- Dobry wieczór, szpit...
Nie pozwoliłem jej dokończyć. Dla mnie liczył się czas.
- Sta-stara sz...koła, P...p..pro...nków, nie...p-przytomna
Gdy to powiedziałem rozłączyłem się. Wyłączyłem telefon i schowałem go do kieszeni spodni. Po co dać policji (która na pewno przyjedzie) więcej wskazówek?
Ostatni raz spojrzałem na leżącą dziewczynę i wyszedłem ze szkoły. Poszedłem w kierunku rzeki i wszedłem do niej. Przeszedłem dość spory kawał i dopiero potem wyszedłem na brzeg.
Teraz muszę tylko w miarę szybko wrócić do innych trupów i zapomnieć o całej sprawie. I jutro muszę zapolować, bo z tego wszystkiego nie zaspokoiłem głodu.
Dojście do osiedla nie zajęło mi dużo czasu. Kiedy tylko przeszedłem granice Robert podszedł do mnie. Chyba się martwił...w końcu pierwszy raz polowałem sam.  Może był kimś z mojej rodziny? No chyba że stało się coś innego, bo wszyscy wyglądali na poruszonych. Jednak nie interesowało mnie zbytnio. Byłem zbyt zajęty myśleniem o tym co stanie się jeśli ona nie zapomni tamtej sytuacji. Jeśli zamkną ją przeze mnie w psychiatryku. Ja sam bym tam nie wytrzymał jako żywy, bo teraz jako trup to jest mi to obojętne  I tak nic nie wniosę nowego do życia.
Nie przybyło ani nie ubyło żadnych martwych. Wciąż te same twarze. Jedne co się zmieniło to to, że są bardziej brudni i niektórzy poranieni. Nic po za tym. W sumie to dobrze. Jakoś przyzwyczaiłem się do nich, nawet ich polubiłem.
Powinniśmy kiedyś wszyscy razem iść na cmentarz i pokazać swoje groby, lub chociażby groby na których jest czyjeś imię jeśli ktoś nie był pochowany tutaj, albo w ogóle nie był pochowany. Nie chce mi się wymyślać imion i nazwisk dla nich wszystkich. Tak naprawdę to znam imię tylko Roberta bo reszcie nadałem jakieś swoje wymyślone. Nie tylko imiona im wymyślam. Również ich historie. Skąd są, kim byli, jakie mieli życie, plany, rodziny. Takie podstawowe rzeczy.
Nagle usłyszałem dźwięk karetki pogotowia i policji. Ci to mają tempo. Gorzej niż my. Tak w zasadzie to te dźwięki towarzyszyły mi na początku mojego bycia martwym prawie cały czas. Co po chwile gdzieś jeździły karetki, policja, straż. Potem to ucichło.
Ciekawe co będzie z tą dziewczyną. Oby o tym zapomniała! Nie chce jej robić kłopotów. W sumie...po co ją wtedy zabrałem? Co chciałem tym pokazać? A jakby nas wtedy ktoś zobaczył? Jakiś jej znajomy? Wtedy wszystko by sie wydało.
O matko co to by była za panika! Wtedy ludzie byliby pogubieni. Skoro zombie są to wampiry i reszta pewnie też! Ile wtedy byłoby fałszywych zgłoszeń... Jak w średniowieczu by osądzali ludzi o jakieś mroczne siły i by ich zamykali w zakładach albo od razu mordowali. Chaos totalny. Liczba ludzi zdziesiątkowałaby się pewnie tak samo jak podczas dżumy. Wolałbym umrzeć jako jeden z pierwszych niż na to patrzeć wtedy.
 No ale i tak to mnie czeka. To tylko kwestia czasu aż będzie nas za dużo i w końcu ktoś nas zobaczy. A wtedy chyba sam wyjdę im na pokaz żeby mnie zabili. 

sobota, 6 kwietnia 2013

Rozdział 4


To było takie dziwne uczucie. Nie przypominam sobie żebym jako żywy czuł aż tak mocno bicie serca.        
  Widocznie teraz byłem zbyt przyzwyczajony do takiej pustki, bezruchu w mojej piersi.
Nie wiem...może to pod wpływem adrenaliny z powodu walki z zombie?
No bo raczej przywrócić serce do bicia jest zbyt trudne do wykonania przez jedną dziewczynę. Wyjątkowo piękną dziewczynę.
  Dziewczynę która teraz się na mnie gapi i pewnie nie uciekła tylko dlatego bo sparaliżował ją strach.
Było jeszcze za wcześnie na to by zombie znowu zaczynały się ukrywać. Nie wiem czemu ale nie odpowiadała mi wizja tej dziewczyny pożeranej przez resztę martwych.
Muszę ją gdzieś ukryć.
Pokazałem palcem wskazującym na usta, tak jak się czasem robi żeby kogoś uciszyć.
Chwyciłem ją za nadgarstek.
- Chodź - powiedziałem. Nawet nie źle mi to wszyło, patrząc też na to że nie jadłem od kilku dni.
Dziewczyna była chyba zbyt zaskoczona i wystraszona by zareagować. No cóż...widok dwóch walczących umarlaków nie należy do codzienności no nie?
  Nawet dobrze, że była chwilowo (mam nadzieje) otępiała. To ułatwiło sprawę bo swoim krzyczeniem nie zbudziła by mieszkańców i nie przywołałaby zombie.
Tylko gdzie z nią pójść...Oo! Już wiem! Niedaleko stąd znajduje się stary budynek szkoły.
Jest wystarczająco blisko domów ludzi by inne trupy tam nie łaziły, a jednocześnie jest wystarczająco ponury i zniszczony by ludzie go unikali.
  Gdy szliśmy do szkoły moją uwagę zwróciły dwie dziwne rzeczy. Niektóre ulice były wręcz puste, opuszczone. W żadnym oknie nie paliły się światła, nie było nic słychać. Żadnych zwierząt domowych lub dzikich ani ludzi.
  Drugim był odcień nieba. Dopiero teraz zauważyłem, że był on lekko zielony. Nie było żadnej mgły ani nic, wiec niebo powinno być normalne a ono, mimo późnej godziny było w miarę jasne.
Jednak szybko przestałem myśleć o tym dziwnym niebie i ciszy. Bo w końcu stanęliśmy przed szkołą.
Budynek składał się z parteru i pierwszego piętra. Miał kształt prostokąta. Dłuższą częścią był obrócony w stronę ulicy. Na środku był mały ganek i wejście do szkoły. Po obu stronach drzwi było tyle samo okien, czyli po trzy. Na pierwszym piętrze było ich siedem.
  Budynek był zbudowany z czerwonej cegły. Wokół niego było pełno zaniedbanych roślin i śmieci. O dziwo, nie było na nim ani jednego graffiti  W środku było ciemno i panował straszny bałagan. Złażąca farba, pękające ściany, odchodzący tynk, dziury w suficie i ścianach, pełno pajęczyn i kurzu.
Weszliśmy do jednej z mniej zniszczonych sal.
Niektóre ławki były poprzewracane, niektórych brakowało. Reszta stała normalnie. To samo dotyczyło się krzeseł i innych mebli.
  Wszystko było zniszczone przez czas. Wszędzie był kurz i pajęczyny, śmierdziało stęchlizną.
Dziewczyna usiadła na jednym z krzeseł. Usiadłem kawałek dalej, naprzeciwko niej.
Jej twarz nadal nie wyrażała żadnych emocji. Dopiero po pewnym czasie spojrzała na mnie.
- Czemu mnie tu przyprowadziłeś? Nic ci nie zrobiłam - powiedziała. Jej oczy były powiększone ze strachu i kręciły się w nich łzy. Głos lekko łamał jej się. Odwróciłem od niej wzrok, jednak ona nie ustępowała - Proszę...wypuść mnie. Nikomu nie powiem o tym morderstwie. Wiem, że wszyscy tak mówią, ale ja naprawdę nic nie powiem!
  W tej chwili rozpłakała się.
Cholera. Myśli, że chce ją zabić...muszę ją jakoś uspokoić. Chrząknąłem żeby na mnie spojrzała. Gdy to zrobiła przejechałem palcem po szyi a potem pokręciłem przecząco głową.
Źle to zrozumiała bo zaczęła jeszcze głośniej szlochać.
  Podszedłem do niej. Skuliła się jeszcze bardziej i jeszcze głośniej zaczęła płakać. Złapałem ją za ramię i powiedziałem aż tak mocno zachrypniętym głosem, że dziwię się że cokolwiek zrozumiała.
- Nie...płacz...ja...nie... - i tu znowu przejechałem palcem po szyi, po czym wskazałem na okno - tam... inni...tak
-J-jacy inni? - spytała z trudem łapiąc oddech.
Spojrzałem w okno. Powiedzieć jej czy nie powiedzieć? W sumie...nie chce jej zabić, ale jeśli puszczę ją żywą to powie odpowiednim służbą o całym zdarzeniu i ci nas pewnie znajdą.
A jeśli jej powiem...jeśli wzbudzę w niej litość lub chociażby zaufanie...może nawet nam, mi, pomoże?
- C-czy...wierzy..sz...w zo...mbie? - spytałem. Powiedziałem to niewyraźnie, w dodatku z tą ohydną chrypką, że zdziwiłem się że nie zaczęła płakać znowu.
- Nie... - odpowiedziała. Jeszcze bardziej zaniepokoiła się, ale posłała mi ciekawskie spojrzenie.
Patrzyłem się chwile na nią, potem znów na okno.
- To uwie...rz.
  Dziewczyna zmrużyła oczy i przechyliła głowę w bok. Nie pozostało mi nic innego jak dać jej...to znaczy pokazać dowód na to, że zombie istnieją, że to ja jestem ich przedstawicielem. Kiedyś podczas polowania pewien mężczyzna wbił mi w serce nóż. Było to dość dawno ale rana nadal nie zagoiła się, była wciąż otwarta i taka dziwnie mokra.
Zacząłem zdejmować górną część garnituru.
No właśnie! Jak ja musiałem debilnie wyglądać...Garnitur...brudny od krwi i błota...moja twarz, w zasadzie nie tylko twarz pewnie też zbyt czysta nie była.
  Kwestię wyglądu odłożyłem na chwile na bok. Najpierw odchyliłem marynarkę a potem próbując odpiąć koszule, zerwałem guziki. Wtedy odchyliłem to wszystko jeszcze bardziej pokazując jej moją ranę.
- T-teraz w-wierzysz? - spytałem. Ona przez chwile nie odpowiadała wpatrując się w ranę. Gdy spojrzała mi w oczy, zemdlała.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Rozdział 3


Gdy słońce całkowicie zniknęło za horyzontem, powoli z ukrycia zaczęły wyłaniać się zombie. Nocni mieszkańcy miasta. Powykrzywiane i zakrwawione mordy wędrowały chwiejnym, jak u mocno nawalonego pijaka, krokiem w kierunku miasta. Tam, wszyscy którzy nie zdążyli dojść do domów skończą jako kolacja. Ciekawe kto teraz umrze.
  Zawsze czytam nekrologi które wiszą na tablicy na ścianie księgarni. Na szczęście nie umarł jeszcze nikt z moim nazwiskiem.
  Ginęli zazwyczaj młodzi ludzie. Ludzie, którzy mieli plany, marzenia, na pewno woleli by umrzeć inaczej. Na pewno woleli by umrzeć bezboleśnie. Zombie nie używają zastrzyków znieczulających.  Gdy już kogoś złapią ofiara nie ma szans na przeżycie. Ja zawsze staram się zabić ich jak najszybciej by oszczędzić im bólu. Nie wszyscy tak robią.
  Czas chyba ruszyć z tym chodzącym cmentarzem.
  Spojrzałem pytająco na mojego przyjaciela. Ten jednak nie odwzajemnił mojego spojrzenia, tylko nadal wpatrywał się w tłum. Szturchnąłem go i kiedy wreszcie się spojrzał wskazałem na tłum. On pokiwał przecząco głową. Jemu najwyraźniej też zebrało się na refleksje.
  Chyba dzisiaj będę musiał zapolować sam. No chyba, że trafię na resztki innego zombie, co się raczej nie zdarzy.
  Cichy głos w mojej głowie zaapelował abym pozostał w ukryciu, jednak donośny bas mojego głodu zaraz go uciszył. Pewnie na krótko, ale jednak uciszył.
Dołączyłem do orszaku głodnych. Teraz liczyło się tylko zabicie głodu.
  Gdy byliśmy bliżej miasta, coraz więcej zombie rozdzielało się w małe grupki. Ja, jako jeden z niewielu, postanowiłem zapolować sam. Z resztą byłem zbyt głodny by czekać na grupę.
Przez krótki moment byłem skołowany. Od czego mam zacząć? To zawsze mój przyjaciel wybierał ofiary. Teraz, kiedy jestem sam, nie wiem co mam zrobić. Chodzić po mieście i liczyć, że ktoś się znajdzie? Może jednak lepiej byłoby jakbym dołączył się do kogoś.
Jednak na dołączenie się było już za późno. Nie było widać już żadnego zombie.
   Trudno. Muszę poradzić sobie sam.
  Przez krótką chwile stałem w miejscu nasłuchując. Cisza. Może jestem za daleko od centrum. Przeszedłem jeszcze kilka zaniedbanych ulic. Nadal nic.
Czyżby ludzie dowiedzieli się prawdziwym zagrożeniu? Czyżby już uciekli?
 Pod śmietnikiem, koło którego właśnie przechodziłem leżało lustro. Było brudne, ale nie aż tak żebym nie mógł zobaczyć swojego odbicia.
Byłem ubrany w poszarpany garnitur, który był brudny od błota i krwi. Miałem bladą skórę spod której prześwitywały żyły. Na szyi i twarzy miałem kilka małych ran, które na szczęście nie oszpecały jej mocno.  Moje oczy, wcześniej ciemnozielone stały się dużo jaśniejsze. Natomiast moje włosy, które zazwyczaj były jasnobrązowe mocno ściemniały. No cóż....zombie nie ma kiedy i gdzie dbać o higienę  W sumie powinienem się cieszyć, że wyglądam w miarę normalne, inne zombie wyglądają jak trupy wyjęte z grobu w połowie gnicia.
Moje rozmyślania przerwał krzyk mężczyzny.
  Poczułem dziwną ulgę, jednak zaraz jej miejsce zajęło zdenerwowanie. Czy ci idioci chcą obudzić miasto? I wtedy nas znajdą i zabiją. Chociaż lepsza prawdziwa śmierć niż bycie zombie. Może jednak sprawdzę kto go zabił. A nóż uda mi się dostać trochę mięsa?
  Nie musiałem iść daleko. Ledwie parę domów dalej zobaczyłem dwa zombie nad ciałem mężczyzny. Była to mała, menelska dzielnica. Więc nawet jakby znaleźli tu kogoś szczątki, nikt by się tym za bardzo nie przejął.
  Tymi zombie byli dwaj mężczyźni. Jeden mógł mieć około pięćdziesiąt lat, a drugi co najwyżej dwadzieścia. Starzec był dość niski i gruby. Garnitur w który był ubrany nie wyglądał na mocno znoszony, więc pewnie był to jeden z nowych zombie. Pewnie też musiał wyleźć z grobu.
Młodszy był również niskiego wzrostu, jednak miał więcej mięśni. Był blondynem, a jego tłuste włosy były średniej długości. Twarz miał poobdzieraną, a poszarpane ubranie splamione krwią i błotem.
  Mężczyźni zamiast jeść, walczyli.
Jak to się mówiło...gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta? No więc podszedłem do ciała, jednak zanim zacząłem jeść, młodszy zobaczył mnie i odepchnął starca, który upadł niefortunnie na leżącą cegłę i rozbił sobie głowę zabijając się. Czyli chcąc nie chcąc pomogłem jemu? Może w ramach wdzięczności podzieli się ze mną posiłkiem?
  Jednak zamiast pozwolić mi jeść z nim, posłał mi wściekłe spojrzenie i ruszył w moim kierunku. Już szykowałem się do walki, kiedy on zatrzymał się gwałtownie i wpatrywał się w jakiś punkt za mną. Mógł to być taki trik na odwrócenie mojej uwagi. Niestety moja ciekawość wzięła górę i odwróciłem się.
 Ledwie parę metrów za mną stała chyba najpiękniejsza dziewczyna jaką kiedykolwiek widziałem. Była średniego wzrostu i miała długie, jasne włosy. Ubrana była w szary płaszcz i ciemne rurki. Stała z zaskoczoną i przerażoną miną koło narożnika domu.
  Zombie rzucił się w jej kierunku. Ja nie wiedzieć czemu też. Złapałem go w pasie i rzuciłem w bok. Zombie przewrócił się i wstał. Z jego nogi wystawała kość.
  Dziewczyna stała sparaliżowana strachem. To musiał być najgorszy widok w jej życiu. Dwa walczące trupy.
Zombie pokuśtykał do mnie i próbował na mnie skoczyć. Kolejny raz go przewróciłem.
Nie no...muszę go zabić. Innej opcji nie ma.
  Na szczęście koło schodów od kamienicy leżały puste butelki. Wziąłem jedną i uderzyłem nią w głowę leżącego zombie. Butelka rozbiła się a zombie wydał cichy jęk. Dla pewności uderzyłem go jeszcze drugą i trzecią.
  Podszedłem do dziewczyny. Gdy stanąłem przed nią spojrzała na mnie. Światło latarni oświetliło jej twarz.
Dziewczyna miała piękne duże brązowe oczy, otoczone wachlarzem rzęs. Miała również piękne pełne usta otwarte ze zdziwienia.
 W tej chwili głód przestał się liczyć. Poczułem coś dziwnego w piersi. Coś innego. Coś czego już dawno nie czułem.
Coś jak bicie serca.