Kolejne
dni były takie same jak przedtem. Cały dzień z trupami a potem polowanie. Przybyło paru nowych trupów, nikogo nie ubyło.
Mimo tego, że minęły dwa tygodnie od akcji z tamtą żywą dziewczyną, nadal o niej myślę. Jednak znacznie częściej myślę o głodzie. Miasto powoli pustoszało. Przez te dwa tygodnie tylko trzy polowania zakończyły się moim sukcesem. Ciekawi mnie to czy może dojść do kanibalizmu. W sumie pomogło to by bardzo ludziom ale mój pseudo instynkt samozachowawczy każe bać mi się tej sytuacji.
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Czy ludzie są tak głupi, że nie widzą tych wyjątkowo brutalnych i głośnych śmierci swoich sąsiadów? Czy po prostu władze miasta jakimś cudem to potrafią ukryć? Albo to właśnie z tego powodu ludzie uciekają z tego miejsca? Tylko czemu tak wolno? Czemu nie wysłali odpowiednich służb by się nami zająć?
Tyle pytań bez odpowiedzi… Nie mam komu się o to wszystko wypytać. Nikt z moich „towarzyszy”, przynajmniej nikt kto umie jakoś się porozumiewać, nie potrafi mi pomóc.
Czuję się coraz gorzej. Powoli wariuję. Ciekawe czy ktoś jeszcze tak się czuje?
A właśnie. Gdzie jest Robert? Nie widziałem go od paru dni. Wątpię żeby go zabili, jest na to za sprytny i szybki jak na truposza, jednak tak dla spokoju ducha lepiej poszukam jego pseudo żywego lub naprawdę martwego ciała. Szukanie Roberta jest jak szukanie igły w stogu siana, ale ja mam czas i chęci.
Najpierw zaczniemy od miejsc które lubił, być może ukrywa się w którymś z miejsc przed tym przytłaczającym nastrojem osiedla.
Jednym z miejsc bardzo często odwiedzanych przez mojego przyjaciela był stary, chyba przedwojenny, most kolejowy. Most ten znajduje się dość niedaleko osiedla i domy w jego pobliżu również są opuszczone wiec nie powinno być problemów.
Gdy wstałem paru innych trupów wstało za mną. Ten co siedział koło mnie złapał mnie za nadgarstek.
-Łł…hwy?
Nie musiałem go rozumieć by wiedzieć o co chodzi. Chodziło mu o polowanie. Chciałem pokręcić przecząco głową ale wzruszyłem ramionami. Gdybym zaprzeczył i potem kogoś bym jednak zabił i wrócił cały od świeżej krwi to pewnie zostałbym wygnany albo zabity.
Mężczyzna który mi się spytał puścił moją dłoń, jednak nie wstał. Wstało natomiast paru innych. Nie tak to sobie wyobrażałem ale nich im już będzie.
Gdy szliśmy w kierunku mostu, okolica w której się znaleźliśmy wydawała mi się całkiem inna, obca. Było tu pusto i przeraźliwie cicho. Było słychać tylko nasze kroki i szurania. Ta cisza była przerażająca, nawet dla mnie. Żeby dojść do mostu musieliśmy przejść obok drugiego cmentarza w tym mieście. Droga była dłuższa niż myślałem…albo to po prostu my się tak wlekliśmy. Wyszliśmy z osiedla gdy niebo było jeszcze wysoko na niebie, a przed cmentarzem byliśmy jak już się zrobiło ciemno.
Zatrzymałem się. Może Robert jest gdzieś na cmentarzu? Może postanowił poszukać grobów ludzi z jego nazwiskiem, czyli prawdopodobnie grobów ludzi należących do jego rodziny?
Przeszedłem przez bramę cmentarza. Niektórzy poszli za mną ale większość została przed cmentarzem.
Tak jak myślałem, cmentarz był bardzo zniszczony. Niektóre drzewa obaliły się na groby, tablice i krzyże poprzewracały się. Obok grobów były dziury wykopane przez wydostające się trupy. Z wieży mauzoleum pozostał tylko wystający fragment. Chodziłem jak głupi pomiędzy grobami, zaglądałem do każdej dziury.
Nigdzie go nie było. Usiadłem na ławce zrezygnowany. I siedziałbym tak chyba do rana gdyby nie ten zapach. Zapach żywego ciała. Wstałem i zacząłem węszyć. Nastąpiło poruszenie. Wszyscy już poczuli ten zapach, zapach ciepłego, smacznego ciała. Wyszedłem z cmentarza i zacząłem iść za zapachem. Za mną poszło tylko dwoje trupów. Reszta nie wierzyła mi za bardzo. Nie musieliśmy iść daleko. Przy następnej bramie od cmentarza stała jakaś kobieta. Zauważyła nas i zaczęła iść w naszą stronę. Postanowiłem przyspieszyć przywitanie i zacząłem biec w jej kierunku. Kobieta na chwilę zatrzymała się po czym zaczęła uciekać. Typowa niezdecydowana baba. Kobieta biegła w kierunku domów. Tych opuszczonych domów. To było swojego rodzaju samobójstwo. Do naszej trójki dołączyła reszta. Pewnie dojdzie do walki o ciało.
Kobieta była szybsza, ale tylko trochę ponieważ kiedy zamknęła się już w domu i zgasiła światło my dobiegaliśmy już do płotu. Kiedy przebiegliśmy przez ogród zaczęło się prawdziwe oblężenie. Niektórzy dobijali się drzwiami, paru zbiło szyby w oknach lecz nie mogli przejść bo za bardzo by się poranili a klamki były zbyt wysoko.
Nie dbałem już o to czy ktoś się o nas dowie, nie chciało mi się już szukać Roberta. Chciało mi się jeść.
Zabijemy ją pewnie wspólnie a potem zaczną się walki o ciało. Teraz jest kilka opcji; albo wszyscy będą atakować wybraną osobę, i potem następną i następną aż zostanie dwóch czy trzech, albo dojdzie do sytuacji „gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta” i ktoś podkradnie ciało. Mam tylko nadzieję, że nie dojdzie do tej pierwszej opcji.
Ktoś w końcu wyważył drzwi i wszyscy wbiegli do domu wydając przeraźliwie krzyki radosnych zombie.
Nie trzeba było długo jej szukać. Kobieta głośno płakała w łazience. Drzwi od łazienki od razu zostały połamane.
Kobieta siedziała na podłodze za pralką. Miała około czterdziestu lat. Była drobna. Jej włosy były ciemne a skóra wręcz przezroczysta. Miała duże, zielone oczy zaczerwienione od płaczu. W prawej ręce trzymała nóż kuchenny a w lewej gaz pieprzowy, którego właśnie użyła na kilku pierwszych.
I wtedy zaczęła się walka. Niestety doszło do pierwszej opcji. Na szczęście ja nie byłem na pierwszym celowniku więc wykorzystałem resztki rozsądku i uciekłem z domu. Tak w zasadzie to kobieta należała się mi, bo to ja ją wyczułem pierwszy. No może jeszcze tamtej dwójce zombie bo tylko oni mi uwierzyli. No ale trudno, może potem ktoś się nawinie.
Teraz znowu zaczął liczyć się Robert.
Mimo tego, że minęły dwa tygodnie od akcji z tamtą żywą dziewczyną, nadal o niej myślę. Jednak znacznie częściej myślę o głodzie. Miasto powoli pustoszało. Przez te dwa tygodnie tylko trzy polowania zakończyły się moim sukcesem. Ciekawi mnie to czy może dojść do kanibalizmu. W sumie pomogło to by bardzo ludziom ale mój pseudo instynkt samozachowawczy każe bać mi się tej sytuacji.
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Czy ludzie są tak głupi, że nie widzą tych wyjątkowo brutalnych i głośnych śmierci swoich sąsiadów? Czy po prostu władze miasta jakimś cudem to potrafią ukryć? Albo to właśnie z tego powodu ludzie uciekają z tego miejsca? Tylko czemu tak wolno? Czemu nie wysłali odpowiednich służb by się nami zająć?
Tyle pytań bez odpowiedzi… Nie mam komu się o to wszystko wypytać. Nikt z moich „towarzyszy”, przynajmniej nikt kto umie jakoś się porozumiewać, nie potrafi mi pomóc.
Czuję się coraz gorzej. Powoli wariuję. Ciekawe czy ktoś jeszcze tak się czuje?
A właśnie. Gdzie jest Robert? Nie widziałem go od paru dni. Wątpię żeby go zabili, jest na to za sprytny i szybki jak na truposza, jednak tak dla spokoju ducha lepiej poszukam jego pseudo żywego lub naprawdę martwego ciała. Szukanie Roberta jest jak szukanie igły w stogu siana, ale ja mam czas i chęci.
Najpierw zaczniemy od miejsc które lubił, być może ukrywa się w którymś z miejsc przed tym przytłaczającym nastrojem osiedla.
Jednym z miejsc bardzo często odwiedzanych przez mojego przyjaciela był stary, chyba przedwojenny, most kolejowy. Most ten znajduje się dość niedaleko osiedla i domy w jego pobliżu również są opuszczone wiec nie powinno być problemów.
Gdy wstałem paru innych trupów wstało za mną. Ten co siedział koło mnie złapał mnie za nadgarstek.
-Łł…hwy?
Nie musiałem go rozumieć by wiedzieć o co chodzi. Chodziło mu o polowanie. Chciałem pokręcić przecząco głową ale wzruszyłem ramionami. Gdybym zaprzeczył i potem kogoś bym jednak zabił i wrócił cały od świeżej krwi to pewnie zostałbym wygnany albo zabity.
Mężczyzna który mi się spytał puścił moją dłoń, jednak nie wstał. Wstało natomiast paru innych. Nie tak to sobie wyobrażałem ale nich im już będzie.
Gdy szliśmy w kierunku mostu, okolica w której się znaleźliśmy wydawała mi się całkiem inna, obca. Było tu pusto i przeraźliwie cicho. Było słychać tylko nasze kroki i szurania. Ta cisza była przerażająca, nawet dla mnie. Żeby dojść do mostu musieliśmy przejść obok drugiego cmentarza w tym mieście. Droga była dłuższa niż myślałem…albo to po prostu my się tak wlekliśmy. Wyszliśmy z osiedla gdy niebo było jeszcze wysoko na niebie, a przed cmentarzem byliśmy jak już się zrobiło ciemno.
Zatrzymałem się. Może Robert jest gdzieś na cmentarzu? Może postanowił poszukać grobów ludzi z jego nazwiskiem, czyli prawdopodobnie grobów ludzi należących do jego rodziny?
Przeszedłem przez bramę cmentarza. Niektórzy poszli za mną ale większość została przed cmentarzem.
Tak jak myślałem, cmentarz był bardzo zniszczony. Niektóre drzewa obaliły się na groby, tablice i krzyże poprzewracały się. Obok grobów były dziury wykopane przez wydostające się trupy. Z wieży mauzoleum pozostał tylko wystający fragment. Chodziłem jak głupi pomiędzy grobami, zaglądałem do każdej dziury.
Nigdzie go nie było. Usiadłem na ławce zrezygnowany. I siedziałbym tak chyba do rana gdyby nie ten zapach. Zapach żywego ciała. Wstałem i zacząłem węszyć. Nastąpiło poruszenie. Wszyscy już poczuli ten zapach, zapach ciepłego, smacznego ciała. Wyszedłem z cmentarza i zacząłem iść za zapachem. Za mną poszło tylko dwoje trupów. Reszta nie wierzyła mi za bardzo. Nie musieliśmy iść daleko. Przy następnej bramie od cmentarza stała jakaś kobieta. Zauważyła nas i zaczęła iść w naszą stronę. Postanowiłem przyspieszyć przywitanie i zacząłem biec w jej kierunku. Kobieta na chwilę zatrzymała się po czym zaczęła uciekać. Typowa niezdecydowana baba. Kobieta biegła w kierunku domów. Tych opuszczonych domów. To było swojego rodzaju samobójstwo. Do naszej trójki dołączyła reszta. Pewnie dojdzie do walki o ciało.
Kobieta była szybsza, ale tylko trochę ponieważ kiedy zamknęła się już w domu i zgasiła światło my dobiegaliśmy już do płotu. Kiedy przebiegliśmy przez ogród zaczęło się prawdziwe oblężenie. Niektórzy dobijali się drzwiami, paru zbiło szyby w oknach lecz nie mogli przejść bo za bardzo by się poranili a klamki były zbyt wysoko.
Nie dbałem już o to czy ktoś się o nas dowie, nie chciało mi się już szukać Roberta. Chciało mi się jeść.
Zabijemy ją pewnie wspólnie a potem zaczną się walki o ciało. Teraz jest kilka opcji; albo wszyscy będą atakować wybraną osobę, i potem następną i następną aż zostanie dwóch czy trzech, albo dojdzie do sytuacji „gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta” i ktoś podkradnie ciało. Mam tylko nadzieję, że nie dojdzie do tej pierwszej opcji.
Ktoś w końcu wyważył drzwi i wszyscy wbiegli do domu wydając przeraźliwie krzyki radosnych zombie.
Nie trzeba było długo jej szukać. Kobieta głośno płakała w łazience. Drzwi od łazienki od razu zostały połamane.
Kobieta siedziała na podłodze za pralką. Miała około czterdziestu lat. Była drobna. Jej włosy były ciemne a skóra wręcz przezroczysta. Miała duże, zielone oczy zaczerwienione od płaczu. W prawej ręce trzymała nóż kuchenny a w lewej gaz pieprzowy, którego właśnie użyła na kilku pierwszych.
I wtedy zaczęła się walka. Niestety doszło do pierwszej opcji. Na szczęście ja nie byłem na pierwszym celowniku więc wykorzystałem resztki rozsądku i uciekłem z domu. Tak w zasadzie to kobieta należała się mi, bo to ja ją wyczułem pierwszy. No może jeszcze tamtej dwójce zombie bo tylko oni mi uwierzyli. No ale trudno, może potem ktoś się nawinie.
Teraz znowu zaczął liczyć się Robert.