sobota, 30 marca 2013

Rozdział 1

Nie tak wyobrażałem sobie śmierć.
Myślałem, że to będzie krótki moment w którym zamyka się oczy ze strachu lub bólu a potem to już zależy od wyznania. Albo nie ma nic, albo jest raj, piekło, albo reinkarnacja.
Moja śmierć była trochę inna.
Nie pamiętam już jak długo. Może rok? Może dwa? Pamiętam natomiast jak to się stało. 
    Wszystko zaczęło się w pewien piątek. Piątek jak to piątek. Początek weekendu, dzień w którym większość nastolatków chleje do upadłego. Tego dnia mój kumpel Bartek urządzał mały melanżyk. Moich rodziców nie było w domu więc mogłem pojechać tam bez żadnych problemów.
Kiedy przyjechaliśmy do niego z Patrykiem i Borejem okazało się, że mały melanżyk ewoluował w większą imprezkę. Muzyka leciała tak głośno, że zdziwiłem się że nikt ze sąsiadów nie zawiadomił policji.
-Łoo! Bartuś się postarał! - zachwycił się Borej, po czym rzucił do nas - no panowie! Może coś wyrwiemy?
- Jeśli przyznamy się do ciebie to wątpię - zażartował Patryk.
Kiedy weszliśmy do ogrodu Bartek przybiegł do nas cały roześmiany.
- No ile miałem czekać! Zaraz wszystkie najlepsze panienki zostaną zabrane wam sprzed nosa!
- Spokojnie pan Hermoso przybył - powiedział Borej wypinając pierś. Zerknął na nas i powiedział - no i jego dwaj wierni giermkowie...
- Tobie od samego zapachu alko odwala więc lepiej mnie nie wkurzaj bo do domu cię nie odwiozę - rzekł Patryk po czym zwrócił się do Bartka - jest Klaudia?
Borej uśmiechnął się porozumiewawczo do mnie. Klaudia to dziewczyna z naszego rocznika do której Patryk czuje mięte już od ponad roku. Nie ma jednak on odwagi by wyznać jej miłość.
- Jest, jest. Chyba siedzi przy basenie. Sama - mówiąc do Bartek puścił oczko do nas.
Patryk klepnął go w ramie i odszedł szybkim krokiem w kierunku basenu.
- Dla ciebie też coś mam - Bartek tym razem zwrócił się do mnie.  Przerzuciłem oczami.
- Wolałbym sam znaleźć kogoś dla siebie - powiedziałem. Zabrzmiało to trochę zbyt ostro, no ale ile można próbować mnie z kimś zeswatać? Za bardzo się wtrącają.
- No dobra jak tam chcesz...Idziemy coś wypić?
Ja i Borej zgodziliśmy się. I tak minęła nam cała ta impreza. Picie i nieudolne tańce.
Oczywiście czym jest dobra impreza bez interwencji policji? Tylko, że ta interwencja była trochę inna. Sąsiedzi nie zgłosili zbyt głośnej muzyki i dziwnych okrzyków nawalonych nastolatków.
Siedziałem akurat na ławce obok Boreja i komentowaliśmy Patryka jak rozmawia z Klaudią, nie były to chamskie komentarze tylko pytania typu "co on robi? chyba nie opowiedział tego suchego żartu o dwóch rudych i szatynie?", gdy nagle podbiegł do nas Bartek.
- Ej pomóżcie mi pochować alko i ogarnąć wiarę bo gliny tu jadą!
Borej i ja spojrzeliśmy zdziwieni na siebie.  Zazwyczaj sąsiedzi próbują sami ogarnąć imprę potem dopiero dzwonią po policje. Chcieliśmy to powiedzieć Bartkowi, ale on już gdzieś pobiegł, więc pozostało nam wykonanie jego prośby.
Ludzie o dziwo szybko trzeźwieli gdy dowiedzieli się o policji i pomagali nam ogarnąć butelki i tych co już zasnęli.
Gdy przyjechała policja w domu był już jako tako porządek a w ogrodzie nadal sprzątaliśmy.
Bartek kręcił się podenerwowany koło drzwi czekając, aż zadzwoni dzwonek. Ja, Borej i Patryk również staliśmy koło drzwi jednak byliśmy spokojniejsi. Gdy policjanci zadzwonili do drzwi Bartek szybko ogarnął włosy i otworzył.
Dwóch policjantów, na oko 30letnich stało przed drzwiami. Mieli poważne i lekko smutne miny.
- Dobry wieczór! Co panów do mnie sprowadza?- spytał, uśmiechając się.
- Dobry. Dostaliśmy zgłoszenie i imprezie…która chyba już się kończy. I bardzo dobrze. Jednak to nie z jej powodu chcielibyśmy aby wszyscy udali się do domu. Miejscowa elektrownia atomowa powiadomiła nas o możliwej awarii i od jutra zaczynamy przenoszenie ludzi, więc proszę przekazać reszcie imprezowiczów, rodzinie i znajomym.
   Wszyscy spojrzeliśmy ku sobie zaskoczeni. Awaria elektrowni? A co jeśli ona faktycznie nastąpi? Gdzie nas przesiedlą? A jeśli będą jakieś skutki uboczne?
- D-dobrze. Dziękujemy za poinformowanie. Postaram się aby w ciągu godziny wszyscy byli już w swoich domach- powiedział po czym pożegnał się z mężczyznami i odwrócił się do nas.
- Miała być z Polski druga Irlandia a powstanie druga Ukraina - powiedział Bartek i wyszedł z domu powiadomić resztę towarzystwa.
Przez pół godziny odwoziliśmy i dzwoniliśmy do rodzin naszych i naszych znajomych. Niektórzy myśleli, że robimy sobie żarty ale powiedzieli, że przekażą reszcie.
Zdziwiliśmy się, że poszło nam tak szybko.
- To może ja was podwiozę? - zaproponował Bartek gdy zbliżała się już pierwsza.
- Nie no weź...- zaprotestowaliśmy.
- Jestem... to znaczy byłem gospodarzem tej imprezy to ja was odwiozę do domów - zaparł się. Nie mieliśmy sił się z nim kłócić, więc pozwoliliśmy mu nas odwieźć. Ja i Bartek siedzieliśmy z przodu, reszta na tyłach.
Najpierw postanowiliśmy, że odwieziemy Patryka ponieważ on mieszka najdalej, kawałek za miastem. Droga wiodła przez las i jak to na typowe polski drogi, miała pełno dziur.
Jechaliśmy w ciszy, zaniepokojeni tą wiadomością o elektrowni.
Patrzyłem przez szybę na las. Średnio mnie on interesował zwłaszcza, że praktycznie nie było nic widać, ale nie chciało mi się obracać głowy by patrzeć na coś innego.
Nagle coś mignęło przed autem. Bartek wyrwany z zamyślenia zamiast zahamować nacisnął pedał gazu i nie wiedzieć czemu skręcił w stronę lasu. Wtedy uderzyliśmy w coś.
Poczułem ostry ból w piersi i zapadła ciemność.



Gdy otworzyłem oczy nadal panowała ciemność, ale czułem że nie siedzę już w aucie. Leżałem na czymś miękkim.  Myślałem, że życie po śmierci wygląda inaczej, że jest się lekkim, że jest się już tylko duszą. No chyba, że tak wygląda czyściec bo piekło ani niebo to raczej nie jest. Ciekawe jak długo tu poleżę. Ciekawe czy nie oszaleje będąc sam na sam z myślami.
Myślałem, że po śmierci traci się zmysły takie jak zmysł smaku, węchu, dotyku, że się już nie oddycha. Ja jednak mogłem oddychać, czułem jakiś zapach ale nie potrafiłem go rozpoznać. Ciekawe jak z tym moim zmysłem dotyku. Najpierw dotknąłem tego na czym leżałem. Był to miękki, gładki materiał. Szybko kończył się i na jego miejsce wskakiwał nowy. Chyba drewno, które szło w górę. Ten nowy materiał otaczał mnie, tylko pode mną było to coś miękkiego.
I wtedy zdałem sobie sprawę, że jeszcze nie umarłem.
Byłem żywy. W trumnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz