czwartek, 12 września 2013

Rozdział 8

Most można odhaczyć na liście ulubionych miejsc Roberta. Następnym miejscem jest cmentarz na którym obaj zostaliśmy pochowani. Często widziałem go tam, stojącego przed swoim nagrobkiem. Pewnie chciał przywołać wspomnienia ze swojego życia, które tracimy po pewnym czasie. Może udało mu się przypomnieć gdzie mieszkał, czy ma rodzinę? I może właśnie dlatego go nie ma, bo udał się ją znaleźć? A jeśli tak to dlaczego nie poinformował o tym mnie?
Dobra, nie ważne. Powoli popadam w paranoje.
Na cmentarzu go nie było. W sumie nikogo nie było. Ten cmentarz był również mocno zaniedbany. Było pełno porozkopywanych grobów. Niektóre nagrobki tak pozarastały chwastami, że trudno było odczytać nazwiska. Kiedy przechodziłem pomiędzy wszystkimi grobami, sprawdzając czy czasem Robert gdzieś nie leży jak żul, zauważyłem jego grób. Nagrobek był mocno zarośnięty i obalony, tak samo jak doniczki z kwiatami. Płyta przesunięta i ziemia mocno rozkopana. Postanowiłem doprowadzić to trochę do ładu.
Najpierw przesunąłem płytę, o dziwo nie miałem zbytnich trudności, potem podniosłem nagrobek i ustawiłem w pozycji pionowej i zacząłem zdzierać zielsko. Gdy przysypywałem piachem tył nagrobka żeby zrobić podparcie, zauważyłem coś złotego. Była to obrączka. Podniosłem ją i zacząłem oglądać. Miała nadal nieskazitelny kształt i połysk. Po jej wewnętrznej stronie było wyryte imię Dominika. Mogła być to zgubiona obrączka Roberta… albo obrączka jakiejś Dominiki. Robert nigdy nie wspominał, że był żonaty.
W sumie nigdy nie rozmawialiśmy o swoich rodzinach…
I wtedy zauważyłem że nie jestem sam. Pomiędzy grobami chodziła ta blondynka którą zostawiłem w szkolę. Proszę....niech mnie nie zauważy, albo chociaż zostawi w spokoju. W sumie to dobrze, że ją widzę  Widocznie jakoś wybroniła się w szpitalu i jej nie zamknęli.
Dziewczyna spojrzała na mnie i po chwili szła w moim kierunku. Postanowiłem opuścić cmentarz. Obróciłem się, jednak zaraz usłyszałem jak biegnie w moim kierunku.
- Hej! Zaczekaj! - zawołała. Przyspieszyłem kroku. Każdy zrozumiałby o co chodzi i dałby mi spokój. Albo się bała czegoś mocno, tak mocno żeby zaczepiać obcego kolesia w nocy na ulicy, albo mocno uderzyła się wtedy w głowę. Po chwili dobiegła do mnie. Starałem się unikać jej wzroku.
- Co ci się stało? Potrzebujesz pomocy? - spytała ze współczuciem.
Pokręciłem przecząco głową i znowu przyspieszyłem kroku. Dziewczyna jednak nie dawała za wygraną.
- Dość późna pora żeby wracać z pogrzebu, no chyba że to było jakieś równie prywatne wesele po którym postanowiłeś odwiedzić kogoś z rodziny spoczywającego tutaj- powiedziała, jednak gdy nie odpowiedziałem jej dodała – Na pewno nie potrzebujesz pomocy?
- Nie – odpowiedziałem. Mój strój wskazywał na coś innego. Garnitur był cały ubłocony, podarty i brudny od krwi. Truposz i moda tworzą kiepską parę. Dziewczyna na szczęście nie drążyła tego tematu.
- Ten cmentarz jest strasznie zaniedbany… czasem przychodzę tutaj by ogarnąć grób taty. Wiesz, że jesteś pierwszą osobą jaką tu widzę? Nikt inny tutaj nie przychodzi. Szkoda, że inni tak łatwo zapomnieli o swojej rodzinie tutaj. Może to przez to, że przychodzę tutaj głównie wieczorami…wiem, że jest to kiepska pora ale w dzień nie mam czasu. Nikt nie chce ze mną tu przychodzić, wszyscy boją się tego miejsca. W sumie ja też się trochę boję…a ty?
- Jak żyłem… to się bałem… - zażartowałem. Dziewczyna roześmiała się.
- Skądś chyba cie znam...byłeś tu już kiedyś?
I znowu pokręciłem przecząco głową. Kurde, dziewczyno daj mi spokój!
- To co tutaj robisz? Wybacz ale nie wyglądasz na badacza - zażartowała. Badacza? O co jej chodzi? Spojrzałem się na nią pytająco.
Była tak samo piękna jak wtedy gdy pierwszy raz ją zobaczyłem.  Brązowe oczy miała podkreślone tuszem i eyelinerem.  Uśmiechała się pokazując białe, proste zęby.
Znowu poczułem to dziwne uczucie w piersi.
- Ach, nie przedstawiłam się! Jestem Klara a ty? – spytała, pokazując białe ząbki w cudownym uśmiechu, kiedy opuściliśmy cmentarz i stanęliśmy przed murem.
Zakłopotany spojrzałem na mur, co było ogromnym błędem, bo na murze wisiała tablica z klepsydrami.
Klara również spojrzała na nią. Zmrużyła oczy i przyjrzała się jej. Wykorzystałem tą chwile i przyspieszyłem kroku jednak po chwili znowu mnie zawołała.
- Hej! Ten koleś wygląda tak jak ty!
Zatrzymałem się zaskoczony i przerażony. No tak… mój nekrolog, a właściwie nekrologi (były trzy (po co tak dużo?)) wisiały na niej… ale czy nie powinny być już zmienione na inne?  Dziewczyna wykorzystała moje zaskoczenie, zerwała jeden i podbiegła do mnie.
Na kartce było moje zdjęcie za życia, imię i nazwisko, data urodzin oraz data i przyczyna śmierci. 
- To twój brat bliźniak? - zapytała już nie uśmiechając się - to z jego pogrzebu wracasz?
Spojrzałem się na nią. Klara w tym momencie zamarła.
- Ch-chyba już wiem skąd ciebie znam...
Cóż mi teraz po ukrywaniu prawdy? Przytaknąłem jej.
- By-byłeś wtedy...ta-tamtej nocy...to byłeś ty…to była prawda a nie senne majaki... - znowu jej przytaknąłem - czemu? Czemu mnie wtedy zabrałeś? Nie mogłeś mnie od razu zabić?
Teraz pokręciłem przecząco głową. Nie wiem czemu ale chyba uspokoiła się.
- Wyglądasz jak zombie a zachowujesz się...inaczej. Wiesz...zombie raczej powinno zabijać lub coś?
Uśmiechnąłem się, jednak było za wcześnie na radość, bo na jej twarzy znowu pojawiło się przerażenie.
- No chyba, że zabiłeś już kogoś...tak jak wtedy... - teraz była bliska płaczu.
No dobra...kobieta zmienną jest i takie tam. No ale, żeby w ciągu minut być wystraszoną potem żartować z trupem i potem prawie płakać? Mój mózg jest zbyt martwy na takie rzeczy.
No chyba, że zauważyła lub wyczuła mięso w mojej kieszeni…ja pierdole… mogłem to zjeść, przynajmniej uznałaby że ten zapach to smród mojego gnijącego ciała. Skąd ona w ogóle wie o trupach?
- S-skąd… wiesz? – spytałem. Chyba źle sformułowałem to pytanie bo w jej oczach zagościło jeszcze większe przerażenie.
-… O żywych… trupach? – dokończyłem.
- Proszę… nie zabijaj mnie…- niemal załkała. Niech jeszcze zacznie krzyczeć. To już w ogóle będzie cudownie. Musiałem jednak działać, musiałem jakoś ją uspokoić.
- Nie… chcę cię za-zabić – powiedziałem – po…wiedz tylko… skąd… wie- wiesz… - ta sytuacja nie sprzyja mojej trupiej wadzie wymowy. Dziewczyna jednak trochę się uspokoiła.
- Ludzie mówią… że przez ten wybuch w elektrowni zaczynają się dziać dziwne rzeczy…wiesz…rozkopane groby bez ciał, nieuzasadnione zniknięcia i morderstwa. Mimo tego i kluczowej rzeczy, czyli napromieniowania, jakoś nie spieszy im się z ewakuacją.  Ty chyba jesteś tylko mieszkańcem koło mostu co nie?
Nie, jestem po prostu zombie. Pokiwałem jednak twierdząco głową. Widocznie laska nie mogła ogarnąć faktu o żywych trupach. A ja nie mogłem ogarnąć faktu o wybuchu.
- J-jaki… wybuch?
-No wybuch. Jak w Czarnobylu tylko, że tym razem u nas. Wszyscy mówili, że budowa tej elektrowni to nie najlepszy pomysł no ale wiesz jak to z naszym rządem…
Nie ogarniam tej dziewczyny. Najpierw coś jakby flirtuje, potem jest bliska płaczu a teraz normalnie rozmawia o tej katastrofie (o której fakt jeszcze całkowicie do mnie nie dotarł, zawsze miałem opóźnione z tym tempo).  Nagle usłyszałem znajome pochrząkiwania. W tym momencie drugi raz pożałowałem, że nie pozbyłem się tego mięsa. Nie tylko Klara poczuła woń rozkładu, ten uroczy zapach zaprosił na kolację moich martwych kumpli.  Muszę ją stąd zabrać.
- Chodź.
Na jej twarzy znowu zagościł strach.
- Nie… do szkoły… - powiedziałem, siląc się na uśmiech.
- To gdzie? – spytała – W sumie to nie wiem czemu jestem taka wyluzowana z tobą… przecież jesteś martwy… może to przez tą przeterminowaną colę którą piłam dzisiaj– mówiąc to zaśmiała się delikatnie. Ja również postarałem ułożyć w usta uśmiech, ale chyba mi to nie wyszło.
- Pomożesz znaleźć mi…Roberta.  

środa, 11 września 2013

Rozdział 7

Ciekawe czy w ogóle zauważyli, że główny przewodnik polowania gdzieś zniknął. Pewnie nie, a nawet jeśli to i tak się tym nie przejęli. Większość martwych myślała tylko o sobie, tylko niektórzy znajdowali „przyjaciół” jak ja i Robert. A jeszcze mniej łączyło się w pary i „adoptowało” martwe dzieci.
Widocznie nie tylko ja tęsknię za dawnym życiem. Jednak ja preferuję w żywych dziewczynach… Takich jak tamta jasnowłosa dziewczyna… ciekawe co z nią…
Kurde! Czy kiedykolwiek skupię się na odnalezieniu Roberta? Dawid, ty martwa kreaturo, skup się!
To pewnie z powodu głodu. Głód... każdy uzależniony od alkoholu bądź nikotyny wie co teraz czuję.
Dobrze, że odbieram to na spokojnie, bo większość staje się agresywna i to jest główna przyczyna naszych prawdziwych śmierci. 
No ale dobra… czas przestać myśleć o innych i zadbać o siebie. Co jak na razie jest dosyć trudne bo jestem w tej części miasta której nikt nie odwiedzał nawet za mojego życia.  Jedynymi żyjącymi tutaj istotami są szczury baraszkujące w śmietniku.
Mógłbym zawrócić, ale wtedy miałbym na głowie stado trupów. Poszukam więc jakiegoś żywego, któremu znudziło się życie wśród ludzi i przeniósł się tutaj albo wcale nie opuścił tego miejsca.
Niestety nikt tutaj nie pozostał. Jednak nie chciałem wracać głodny bo kto wie co by mi strzeliło do głowy. Szedłem dalej, aż w końcu wszelkie domostwa i inne budynki zniknęły. Pozostał tylko las.
Las jest zgubny szczególnie gdy ma się słabą orientacje w terenie, dlatego postanowiłem iść wzdłuż drogi. A nóż ktoś weźmie mnie za autostopowicza i zaproponuje podwóz?
Niestety nic takiego nie miało miejsca. Nikt nie jechał przez tą drogę. Gdy zaczęło się robić jaśniej doszedłem do jakiejś wioski. Musiałem się pospieszyć z łowami bo za chwilę słońce zrobi się niebezpieczne.
Szczęście postanowiło wreszcie się do mnie uśmiechnąć. Z białego domu jednorodzinnego (nawet ładnego, zbudowanego w stylu wiktoriańskim) wychodził mężczyzna. Pewnie jechał do pracy.
Postanowiłem odstawić przedstawienie.
Gdy byłem wystarczająco blisko spróbowałem krzyknąć „pomocy”. Wyszło mi tak jak chciałem, czyli słabo i mocno niewyraźnie. Kiedy on się na mnie spojrzał, celowo się przewróciłem twarzą do asfaltu, ale tak by móc go też obserwować. Jeśli ma dobre serce pomoże biednemu błąkającemu się po lasach obdartusowi. W sumie dobrego serca nie musi mieć, ważne żeby w ogóle jakieś miał.
Tak jak przypuszczałem mężczyzna zbliżał się do mnie. Był w średnim wieku. Miał mocne zakola i był w dziewiątym miesiącu ciąży piwnej. W sumie dobrze, więcej jedzenia. Taki fast food.
Gdy w końcu do mnie podbiegł, uklęknął i chciał mnie obrócić na plecy. Byłem szybszy. Chwyciłem go za głowę i nie zdążył nawet powiedzieć „o kurwa” skręciłem mu kark. Szybka śmierć. W dodatku cicha. Śmierć idealna.  To znaczy dla mnie. Bo jego to pewnie bolało.
Gdy najadłem się do syta, odwlokłem ciało do lasu, wkładając poszczególne kawałki do kieszeni spodni. Dla Roberta jeśli byłby głodny. I jeśli go w ogóle znajdę.
Na ulicy pozostała krew i parę flaków. W sumie dobrze, inni mogą pomyśleć, że to jakiś rozjechany zwierzak. Teraz muszę wrócić do miasta i odnaleźć Roberta.




Robert. Myśli o nim wciąż nawiedzały mój umysł. Wracałem do miasta całą noc bo zgubiłem się trochę w lesie. Może moje szare komórki zaczęły w końcu gnić? Oby nie.
Po powrocie do miasta przeczekałem aż zrobi się znowu ciemno i udałem się od razu na stary most, ulubione miejsce Roberta, jednak nie było go tam. Przechodziłem dwa razy pod mostem, przeszukałem opuszczone domy koło niego. Nigdzie go nie było.
Wszystkie troski o niego wróciły z zdwojoną siłą.  Przestałem na chwilę go szukać i usiadłem na ławce. Nie chciałem się tak szybko poddawać, ale zrobiło mi się zbyt smutno. Gdybym umiał płakać to pewnie w tej chwili uciekło mi parę łez. Teraz wyszły na wierzch wszystkie moje smutki od czasu mojej śmierci. Nie mogłem stracić Roberta. Tylko on mi został. Bez niego nie dam sobie rady. Nie chodzi mi o kwestię fizyczną ale o psychiczną. Robert pomagał mi nie popadać w trupią depresję. Miałem tylko jego. Nie wiem co z moimi rodzicami, nie wiem co z moją rodziną (o ile takową w ogóle mam) nie wiem co z moimi kumplami. Cud, że w ogóle o nich pamiętam. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nigdy się tego nie dowiem. Przecież nie mogę tak po prostu do nich pójść. Czemu? Bo nie pamiętam adresów i w dodatku jestem w pierwszym stopniu rozkładu. A na halloween trochę za wcześnie. Dlatego koniec mazania, czas zająć się Robertem.
Zanim sprawdzę kolejne miejsca często odwiedzane przez niego, muszę udać się do „bazy”. Może on tam jest i czeka/martwi się o mnie? Albo był i postanowił mnie poszukać. A może jakiś inny umarlak wie co się z nim stało?
Kolejny dzień w martwą dupę. Przez moje rozklejenie się znowu musiałem poczekać do wieczora. W dodatku zjadłem mięso dla Roberta. Nigdy nie umiałem się dzielić.
Gdy dotarłem, o zmierzchu, do osiedla od razu  zacząłem wypytywać  (próbować wychrząkać imię) i szukać mojego martwego przyjaciela. Niestety żaden z trupów nie wiedział gdzie on jest. Ja wiedziałem tylko, że na pewno nie ma i nie było go przy moście oraz to, że nie ma go w „bazie”. Przeszukałem każde mieszkanie w każdym bloku, każde mieszkanie w każdej kamienicy, cały sklep. Jednak nie było po nim  żadnego śladu. Jedyną rzeczą jaką znalazłem były resztki po posiłku innego truposza, które schowałem znów do kieszeni. Będę musiał być ostrożny podczas wymykania się z osiedla bo jeszcze ktoś inny połasi się na prowiant dla mnie lub dla poszukiwanego umarlaka. Zależy czy ja szybciej zgłodnieję czy to Robert szybko się znajdzie. Jak na razie zapowiada się na to pierwsze, ale zachowam umiarkowanie w jedzeniu tak długo jak tylko się da. Czyli; Robercie pospiesz się!