Most
można odhaczyć na liście ulubionych miejsc Roberta. Następnym miejscem jest
cmentarz na którym obaj zostaliśmy pochowani. Często widziałem go tam,
stojącego przed swoim nagrobkiem. Pewnie chciał przywołać wspomnienia ze
swojego życia, które tracimy po pewnym czasie. Może udało mu się przypomnieć
gdzie mieszkał, czy ma rodzinę? I może właśnie dlatego go nie ma, bo udał się
ją znaleźć? A jeśli tak to dlaczego nie poinformował o tym mnie?
Dobra, nie ważne. Powoli popadam w paranoje.
Na cmentarzu go nie było. W sumie nikogo nie było. Ten cmentarz był również
mocno zaniedbany. Było pełno porozkopywanych grobów. Niektóre nagrobki tak
pozarastały chwastami, że trudno było odczytać nazwiska. Kiedy przechodziłem
pomiędzy wszystkimi grobami, sprawdzając czy czasem Robert gdzieś nie leży jak
żul, zauważyłem jego grób. Nagrobek był mocno zarośnięty i obalony, tak samo
jak doniczki z kwiatami. Płyta przesunięta i ziemia mocno rozkopana.
Postanowiłem doprowadzić to trochę do ładu.
Najpierw przesunąłem płytę, o dziwo nie miałem zbytnich trudności, potem
podniosłem nagrobek i ustawiłem w pozycji pionowej i zacząłem zdzierać zielsko.
Gdy przysypywałem piachem tył nagrobka żeby zrobić podparcie, zauważyłem coś
złotego. Była to obrączka. Podniosłem ją i zacząłem oglądać. Miała nadal
nieskazitelny kształt i połysk. Po jej wewnętrznej stronie było wyryte imię Dominika. Mogła być to zgubiona obrączka
Roberta… albo obrączka jakiejś Dominiki. Robert nigdy nie wspominał, że był
żonaty.
W sumie nigdy nie rozmawialiśmy o swoich rodzinach…
I wtedy zauważyłem że nie jestem sam. Pomiędzy grobami chodziła ta blondynka
którą zostawiłem w szkolę. Proszę....niech mnie nie zauważy, albo chociaż
zostawi w spokoju. W sumie to dobrze, że ją widzę Widocznie jakoś wybroniła się
w szpitalu i jej nie zamknęli.
Dziewczyna spojrzała na mnie i po chwili szła w moim kierunku. Postanowiłem
opuścić cmentarz. Obróciłem się, jednak zaraz usłyszałem jak biegnie w moim
kierunku.
- Hej! Zaczekaj! - zawołała. Przyspieszyłem kroku. Każdy zrozumiałby o co
chodzi i dałby mi spokój. Albo się bała czegoś mocno, tak mocno żeby zaczepiać
obcego kolesia w nocy na ulicy, albo mocno uderzyła się wtedy w głowę. Po
chwili dobiegła do mnie. Starałem się unikać jej wzroku.
- Co ci się stało? Potrzebujesz pomocy? - spytała ze współczuciem.
Pokręciłem przecząco głową i znowu przyspieszyłem kroku. Dziewczyna jednak nie
dawała za wygraną.
- Dość późna pora żeby wracać z pogrzebu, no chyba że to było jakieś równie
prywatne wesele po którym postanowiłeś odwiedzić kogoś z rodziny spoczywającego
tutaj- powiedziała, jednak gdy nie odpowiedziałem jej dodała – Na pewno nie
potrzebujesz pomocy?
- Nie – odpowiedziałem. Mój strój wskazywał na coś innego. Garnitur był cały
ubłocony, podarty i brudny od krwi. Truposz i moda tworzą kiepską parę.
Dziewczyna na szczęście nie drążyła tego tematu.
- Ten cmentarz jest strasznie zaniedbany… czasem przychodzę tutaj by ogarnąć
grób taty. Wiesz, że jesteś pierwszą osobą jaką tu widzę? Nikt inny tutaj nie
przychodzi. Szkoda, że inni tak łatwo zapomnieli o swojej rodzinie tutaj. Może
to przez to, że przychodzę tutaj głównie wieczorami…wiem, że jest to kiepska
pora ale w dzień nie mam czasu. Nikt nie chce ze mną tu przychodzić, wszyscy
boją się tego miejsca. W sumie ja też się trochę boję…a ty?
- Jak żyłem… to się bałem… - zażartowałem. Dziewczyna roześmiała się.
- Skądś chyba cie znam...byłeś tu już kiedyś?
I znowu pokręciłem przecząco głową. Kurde, dziewczyno daj mi spokój!
- To co tutaj robisz? Wybacz ale nie wyglądasz na badacza - zażartowała.
Badacza? O co jej chodzi? Spojrzałem się na nią pytająco.
Była tak samo piękna jak wtedy gdy pierwszy raz ją zobaczyłem. Brązowe oczy miała podkreślone tuszem i
eyelinerem. Uśmiechała się pokazując
białe, proste zęby.
Znowu poczułem to dziwne uczucie w piersi.
- Ach, nie przedstawiłam się! Jestem Klara a ty? – spytała, pokazując białe
ząbki w cudownym uśmiechu, kiedy opuściliśmy cmentarz i stanęliśmy przed murem.
Zakłopotany spojrzałem na mur, co było ogromnym błędem, bo na murze wisiała
tablica z klepsydrami.
Klara również spojrzała na nią. Zmrużyła oczy i przyjrzała się jej. Wykorzystałem
tą chwile i przyspieszyłem kroku jednak po chwili znowu mnie zawołała.
- Hej! Ten koleś wygląda tak jak ty!
Zatrzymałem się zaskoczony i przerażony. No tak… mój nekrolog, a właściwie
nekrologi (były trzy (po co tak dużo?)) wisiały na niej… ale czy nie powinny
być już zmienione na inne? Dziewczyna wykorzystała
moje zaskoczenie, zerwała jeden i podbiegła do mnie.
Na kartce było moje zdjęcie za życia, imię i nazwisko, data urodzin oraz data i
przyczyna śmierci.
- To twój brat bliźniak? - zapytała już nie uśmiechając się - to z jego
pogrzebu wracasz?
Spojrzałem się na nią. Klara w tym momencie zamarła.
- Ch-chyba już wiem skąd ciebie znam...
Cóż mi teraz po ukrywaniu prawdy? Przytaknąłem jej.
- By-byłeś wtedy...ta-tamtej nocy...to byłeś ty…to była prawda a nie senne
majaki... - znowu jej przytaknąłem - czemu? Czemu mnie wtedy zabrałeś? Nie
mogłeś mnie od razu zabić?
Teraz pokręciłem przecząco głową. Nie wiem czemu ale chyba uspokoiła się.
- Wyglądasz jak zombie a zachowujesz się...inaczej. Wiesz...zombie raczej
powinno zabijać lub coś?
Uśmiechnąłem się, jednak było za wcześnie na radość, bo na jej twarzy znowu
pojawiło się przerażenie.
- No chyba, że zabiłeś już kogoś...tak jak wtedy... - teraz była bliska płaczu.
No dobra...kobieta zmienną jest i takie tam. No ale, żeby w ciągu minut być
wystraszoną potem żartować z trupem i potem prawie płakać? Mój mózg jest zbyt
martwy na takie rzeczy.
No chyba, że zauważyła lub wyczuła mięso w mojej kieszeni…ja pierdole… mogłem
to zjeść, przynajmniej uznałaby że ten zapach to smród mojego gnijącego ciała.
Skąd ona w ogóle wie o trupach?
- S-skąd… wiesz? – spytałem. Chyba źle sformułowałem to pytanie bo w jej oczach
zagościło jeszcze większe przerażenie.
-… O żywych… trupach? – dokończyłem.
- Proszę… nie zabijaj mnie…- niemal załkała. Niech jeszcze zacznie krzyczeć. To
już w ogóle będzie cudownie. Musiałem jednak działać, musiałem jakoś ją
uspokoić.
- Nie… chcę cię za-zabić – powiedziałem – po…wiedz tylko… skąd… wie- wiesz… -
ta sytuacja nie sprzyja mojej trupiej wadzie wymowy. Dziewczyna jednak trochę
się uspokoiła.
- Ludzie mówią… że przez ten wybuch w elektrowni zaczynają się dziać dziwne
rzeczy…wiesz…rozkopane groby bez ciał, nieuzasadnione zniknięcia i morderstwa.
Mimo tego i kluczowej rzeczy, czyli napromieniowania, jakoś nie spieszy im się
z ewakuacją. Ty chyba jesteś tylko
mieszkańcem koło mostu co nie?
Nie, jestem po prostu zombie. Pokiwałem jednak twierdząco głową. Widocznie
laska nie mogła ogarnąć faktu o żywych trupach. A ja nie mogłem ogarnąć faktu o
wybuchu.
- J-jaki… wybuch?
-No wybuch. Jak w Czarnobylu tylko, że tym razem u nas. Wszyscy mówili, że
budowa tej elektrowni to nie najlepszy pomysł no ale wiesz jak to z naszym
rządem…
Nie ogarniam tej dziewczyny. Najpierw coś jakby flirtuje, potem jest bliska
płaczu a teraz normalnie rozmawia o tej katastrofie (o której fakt jeszcze
całkowicie do mnie nie dotarł, zawsze miałem opóźnione z tym tempo). Nagle usłyszałem znajome pochrząkiwania. W tym
momencie drugi raz pożałowałem, że nie pozbyłem się tego mięsa. Nie tylko Klara
poczuła woń rozkładu, ten uroczy zapach zaprosił na kolację moich martwych
kumpli. Muszę ją stąd zabrać.
- Chodź.
Na jej twarzy znowu zagościł strach.
- Nie… do szkoły… - powiedziałem, siląc się na uśmiech.
- To gdzie? – spytała – W sumie to nie wiem czemu jestem taka wyluzowana z
tobą… przecież jesteś martwy… może to przez tą przeterminowaną colę którą piłam
dzisiaj– mówiąc to zaśmiała się delikatnie. Ja również postarałem ułożyć w usta
uśmiech, ale chyba mi to nie wyszło.
- Pomożesz znaleźć mi…Roberta.
czwartek, 12 września 2013
środa, 11 września 2013
Rozdział 7
Ciekawe
czy w ogóle zauważyli, że główny przewodnik polowania gdzieś zniknął. Pewnie
nie, a nawet jeśli to i tak się tym nie przejęli. Większość martwych myślała
tylko o sobie, tylko niektórzy znajdowali „przyjaciół” jak ja i Robert. A
jeszcze mniej łączyło się w pary i „adoptowało” martwe dzieci.
Widocznie nie tylko ja tęsknię za dawnym życiem. Jednak ja preferuję w żywych dziewczynach… Takich jak tamta jasnowłosa dziewczyna… ciekawe co z nią…
Kurde! Czy kiedykolwiek skupię się na odnalezieniu Roberta? Dawid, ty martwa kreaturo, skup się!
To pewnie z powodu głodu. Głód... każdy uzależniony od alkoholu bądź nikotyny wie co teraz czuję.
Dobrze, że odbieram to na spokojnie, bo większość staje się agresywna i to jest główna przyczyna naszych prawdziwych śmierci.
No ale dobra… czas przestać myśleć o innych i zadbać o siebie. Co jak na razie jest dosyć trudne bo jestem w tej części miasta której nikt nie odwiedzał nawet za mojego życia. Jedynymi żyjącymi tutaj istotami są szczury baraszkujące w śmietniku.
Mógłbym zawrócić, ale wtedy miałbym na głowie stado trupów. Poszukam więc jakiegoś żywego, któremu znudziło się życie wśród ludzi i przeniósł się tutaj albo wcale nie opuścił tego miejsca.
Niestety nikt tutaj nie pozostał. Jednak nie chciałem wracać głodny bo kto wie co by mi strzeliło do głowy. Szedłem dalej, aż w końcu wszelkie domostwa i inne budynki zniknęły. Pozostał tylko las.
Las jest zgubny szczególnie gdy ma się słabą orientacje w terenie, dlatego postanowiłem iść wzdłuż drogi. A nóż ktoś weźmie mnie za autostopowicza i zaproponuje podwóz?
Niestety nic takiego nie miało miejsca. Nikt nie jechał przez tą drogę. Gdy zaczęło się robić jaśniej doszedłem do jakiejś wioski. Musiałem się pospieszyć z łowami bo za chwilę słońce zrobi się niebezpieczne.
Szczęście postanowiło wreszcie się do mnie uśmiechnąć. Z białego domu jednorodzinnego (nawet ładnego, zbudowanego w stylu wiktoriańskim) wychodził mężczyzna. Pewnie jechał do pracy.
Postanowiłem odstawić przedstawienie.
Gdy byłem wystarczająco blisko spróbowałem krzyknąć „pomocy”. Wyszło mi tak jak chciałem, czyli słabo i mocno niewyraźnie. Kiedy on się na mnie spojrzał, celowo się przewróciłem twarzą do asfaltu, ale tak by móc go też obserwować. Jeśli ma dobre serce pomoże biednemu błąkającemu się po lasach obdartusowi. W sumie dobrego serca nie musi mieć, ważne żeby w ogóle jakieś miał.
Tak jak przypuszczałem mężczyzna zbliżał się do mnie. Był w średnim wieku. Miał mocne zakola i był w dziewiątym miesiącu ciąży piwnej. W sumie dobrze, więcej jedzenia. Taki fast food.
Gdy w końcu do mnie podbiegł, uklęknął i chciał mnie obrócić na plecy. Byłem szybszy. Chwyciłem go za głowę i nie zdążył nawet powiedzieć „o kurwa” skręciłem mu kark. Szybka śmierć. W dodatku cicha. Śmierć idealna. To znaczy dla mnie. Bo jego to pewnie bolało.
Gdy najadłem się do syta, odwlokłem ciało do lasu, wkładając poszczególne kawałki do kieszeni spodni. Dla Roberta jeśli byłby głodny. I jeśli go w ogóle znajdę.
Na ulicy pozostała krew i parę flaków. W sumie dobrze, inni mogą pomyśleć, że to jakiś rozjechany zwierzak. Teraz muszę wrócić do miasta i odnaleźć Roberta.
Robert. Myśli o nim wciąż nawiedzały mój umysł. Wracałem do miasta całą noc bo zgubiłem się trochę w lesie. Może moje szare komórki zaczęły w końcu gnić? Oby nie.
Po powrocie do miasta przeczekałem aż zrobi się znowu ciemno i udałem się od razu na stary most, ulubione miejsce Roberta, jednak nie było go tam. Przechodziłem dwa razy pod mostem, przeszukałem opuszczone domy koło niego. Nigdzie go nie było.
Wszystkie troski o niego wróciły z zdwojoną siłą. Przestałem na chwilę go szukać i usiadłem na ławce. Nie chciałem się tak szybko poddawać, ale zrobiło mi się zbyt smutno. Gdybym umiał płakać to pewnie w tej chwili uciekło mi parę łez. Teraz wyszły na wierzch wszystkie moje smutki od czasu mojej śmierci. Nie mogłem stracić Roberta. Tylko on mi został. Bez niego nie dam sobie rady. Nie chodzi mi o kwestię fizyczną ale o psychiczną. Robert pomagał mi nie popadać w trupią depresję. Miałem tylko jego. Nie wiem co z moimi rodzicami, nie wiem co z moją rodziną (o ile takową w ogóle mam) nie wiem co z moimi kumplami. Cud, że w ogóle o nich pamiętam. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nigdy się tego nie dowiem. Przecież nie mogę tak po prostu do nich pójść. Czemu? Bo nie pamiętam adresów i w dodatku jestem w pierwszym stopniu rozkładu. A na halloween trochę za wcześnie. Dlatego koniec mazania, czas zająć się Robertem.
Zanim sprawdzę kolejne miejsca często odwiedzane przez niego, muszę udać się do „bazy”. Może on tam jest i czeka/martwi się o mnie? Albo był i postanowił mnie poszukać. A może jakiś inny umarlak wie co się z nim stało?
Kolejny dzień w martwą dupę. Przez moje rozklejenie się znowu musiałem poczekać do wieczora. W dodatku zjadłem mięso dla Roberta. Nigdy nie umiałem się dzielić.
Gdy dotarłem, o zmierzchu, do osiedla od razu zacząłem wypytywać (próbować wychrząkać imię) i szukać mojego martwego przyjaciela. Niestety żaden z trupów nie wiedział gdzie on jest. Ja wiedziałem tylko, że na pewno nie ma i nie było go przy moście oraz to, że nie ma go w „bazie”. Przeszukałem każde mieszkanie w każdym bloku, każde mieszkanie w każdej kamienicy, cały sklep. Jednak nie było po nim żadnego śladu. Jedyną rzeczą jaką znalazłem były resztki po posiłku innego truposza, które schowałem znów do kieszeni. Będę musiał być ostrożny podczas wymykania się z osiedla bo jeszcze ktoś inny połasi się na prowiant dla mnie lub dla poszukiwanego umarlaka. Zależy czy ja szybciej zgłodnieję czy to Robert szybko się znajdzie. Jak na razie zapowiada się na to pierwsze, ale zachowam umiarkowanie w jedzeniu tak długo jak tylko się da. Czyli; Robercie pospiesz się!
Widocznie nie tylko ja tęsknię za dawnym życiem. Jednak ja preferuję w żywych dziewczynach… Takich jak tamta jasnowłosa dziewczyna… ciekawe co z nią…
Kurde! Czy kiedykolwiek skupię się na odnalezieniu Roberta? Dawid, ty martwa kreaturo, skup się!
To pewnie z powodu głodu. Głód... każdy uzależniony od alkoholu bądź nikotyny wie co teraz czuję.
Dobrze, że odbieram to na spokojnie, bo większość staje się agresywna i to jest główna przyczyna naszych prawdziwych śmierci.
No ale dobra… czas przestać myśleć o innych i zadbać o siebie. Co jak na razie jest dosyć trudne bo jestem w tej części miasta której nikt nie odwiedzał nawet za mojego życia. Jedynymi żyjącymi tutaj istotami są szczury baraszkujące w śmietniku.
Mógłbym zawrócić, ale wtedy miałbym na głowie stado trupów. Poszukam więc jakiegoś żywego, któremu znudziło się życie wśród ludzi i przeniósł się tutaj albo wcale nie opuścił tego miejsca.
Niestety nikt tutaj nie pozostał. Jednak nie chciałem wracać głodny bo kto wie co by mi strzeliło do głowy. Szedłem dalej, aż w końcu wszelkie domostwa i inne budynki zniknęły. Pozostał tylko las.
Las jest zgubny szczególnie gdy ma się słabą orientacje w terenie, dlatego postanowiłem iść wzdłuż drogi. A nóż ktoś weźmie mnie za autostopowicza i zaproponuje podwóz?
Niestety nic takiego nie miało miejsca. Nikt nie jechał przez tą drogę. Gdy zaczęło się robić jaśniej doszedłem do jakiejś wioski. Musiałem się pospieszyć z łowami bo za chwilę słońce zrobi się niebezpieczne.
Szczęście postanowiło wreszcie się do mnie uśmiechnąć. Z białego domu jednorodzinnego (nawet ładnego, zbudowanego w stylu wiktoriańskim) wychodził mężczyzna. Pewnie jechał do pracy.
Postanowiłem odstawić przedstawienie.
Gdy byłem wystarczająco blisko spróbowałem krzyknąć „pomocy”. Wyszło mi tak jak chciałem, czyli słabo i mocno niewyraźnie. Kiedy on się na mnie spojrzał, celowo się przewróciłem twarzą do asfaltu, ale tak by móc go też obserwować. Jeśli ma dobre serce pomoże biednemu błąkającemu się po lasach obdartusowi. W sumie dobrego serca nie musi mieć, ważne żeby w ogóle jakieś miał.
Tak jak przypuszczałem mężczyzna zbliżał się do mnie. Był w średnim wieku. Miał mocne zakola i był w dziewiątym miesiącu ciąży piwnej. W sumie dobrze, więcej jedzenia. Taki fast food.
Gdy w końcu do mnie podbiegł, uklęknął i chciał mnie obrócić na plecy. Byłem szybszy. Chwyciłem go za głowę i nie zdążył nawet powiedzieć „o kurwa” skręciłem mu kark. Szybka śmierć. W dodatku cicha. Śmierć idealna. To znaczy dla mnie. Bo jego to pewnie bolało.
Gdy najadłem się do syta, odwlokłem ciało do lasu, wkładając poszczególne kawałki do kieszeni spodni. Dla Roberta jeśli byłby głodny. I jeśli go w ogóle znajdę.
Na ulicy pozostała krew i parę flaków. W sumie dobrze, inni mogą pomyśleć, że to jakiś rozjechany zwierzak. Teraz muszę wrócić do miasta i odnaleźć Roberta.
Robert. Myśli o nim wciąż nawiedzały mój umysł. Wracałem do miasta całą noc bo zgubiłem się trochę w lesie. Może moje szare komórki zaczęły w końcu gnić? Oby nie.
Po powrocie do miasta przeczekałem aż zrobi się znowu ciemno i udałem się od razu na stary most, ulubione miejsce Roberta, jednak nie było go tam. Przechodziłem dwa razy pod mostem, przeszukałem opuszczone domy koło niego. Nigdzie go nie było.
Wszystkie troski o niego wróciły z zdwojoną siłą. Przestałem na chwilę go szukać i usiadłem na ławce. Nie chciałem się tak szybko poddawać, ale zrobiło mi się zbyt smutno. Gdybym umiał płakać to pewnie w tej chwili uciekło mi parę łez. Teraz wyszły na wierzch wszystkie moje smutki od czasu mojej śmierci. Nie mogłem stracić Roberta. Tylko on mi został. Bez niego nie dam sobie rady. Nie chodzi mi o kwestię fizyczną ale o psychiczną. Robert pomagał mi nie popadać w trupią depresję. Miałem tylko jego. Nie wiem co z moimi rodzicami, nie wiem co z moją rodziną (o ile takową w ogóle mam) nie wiem co z moimi kumplami. Cud, że w ogóle o nich pamiętam. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nigdy się tego nie dowiem. Przecież nie mogę tak po prostu do nich pójść. Czemu? Bo nie pamiętam adresów i w dodatku jestem w pierwszym stopniu rozkładu. A na halloween trochę za wcześnie. Dlatego koniec mazania, czas zająć się Robertem.
Zanim sprawdzę kolejne miejsca często odwiedzane przez niego, muszę udać się do „bazy”. Może on tam jest i czeka/martwi się o mnie? Albo był i postanowił mnie poszukać. A może jakiś inny umarlak wie co się z nim stało?
Kolejny dzień w martwą dupę. Przez moje rozklejenie się znowu musiałem poczekać do wieczora. W dodatku zjadłem mięso dla Roberta. Nigdy nie umiałem się dzielić.
Gdy dotarłem, o zmierzchu, do osiedla od razu zacząłem wypytywać (próbować wychrząkać imię) i szukać mojego martwego przyjaciela. Niestety żaden z trupów nie wiedział gdzie on jest. Ja wiedziałem tylko, że na pewno nie ma i nie było go przy moście oraz to, że nie ma go w „bazie”. Przeszukałem każde mieszkanie w każdym bloku, każde mieszkanie w każdej kamienicy, cały sklep. Jednak nie było po nim żadnego śladu. Jedyną rzeczą jaką znalazłem były resztki po posiłku innego truposza, które schowałem znów do kieszeni. Będę musiał być ostrożny podczas wymykania się z osiedla bo jeszcze ktoś inny połasi się na prowiant dla mnie lub dla poszukiwanego umarlaka. Zależy czy ja szybciej zgłodnieję czy to Robert szybko się znajdzie. Jak na razie zapowiada się na to pierwsze, ale zachowam umiarkowanie w jedzeniu tak długo jak tylko się da. Czyli; Robercie pospiesz się!
poniedziałek, 8 lipca 2013
Rozdział 6
Kolejne
dni były takie same jak przedtem. Cały dzień z trupami a potem polowanie. Przybyło paru nowych trupów, nikogo nie ubyło.
Mimo tego, że minęły dwa tygodnie od akcji z tamtą żywą dziewczyną, nadal o niej myślę. Jednak znacznie częściej myślę o głodzie. Miasto powoli pustoszało. Przez te dwa tygodnie tylko trzy polowania zakończyły się moim sukcesem. Ciekawi mnie to czy może dojść do kanibalizmu. W sumie pomogło to by bardzo ludziom ale mój pseudo instynkt samozachowawczy każe bać mi się tej sytuacji.
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Czy ludzie są tak głupi, że nie widzą tych wyjątkowo brutalnych i głośnych śmierci swoich sąsiadów? Czy po prostu władze miasta jakimś cudem to potrafią ukryć? Albo to właśnie z tego powodu ludzie uciekają z tego miejsca? Tylko czemu tak wolno? Czemu nie wysłali odpowiednich służb by się nami zająć?
Tyle pytań bez odpowiedzi… Nie mam komu się o to wszystko wypytać. Nikt z moich „towarzyszy”, przynajmniej nikt kto umie jakoś się porozumiewać, nie potrafi mi pomóc.
Czuję się coraz gorzej. Powoli wariuję. Ciekawe czy ktoś jeszcze tak się czuje?
A właśnie. Gdzie jest Robert? Nie widziałem go od paru dni. Wątpię żeby go zabili, jest na to za sprytny i szybki jak na truposza, jednak tak dla spokoju ducha lepiej poszukam jego pseudo żywego lub naprawdę martwego ciała. Szukanie Roberta jest jak szukanie igły w stogu siana, ale ja mam czas i chęci.
Najpierw zaczniemy od miejsc które lubił, być może ukrywa się w którymś z miejsc przed tym przytłaczającym nastrojem osiedla.
Jednym z miejsc bardzo często odwiedzanych przez mojego przyjaciela był stary, chyba przedwojenny, most kolejowy. Most ten znajduje się dość niedaleko osiedla i domy w jego pobliżu również są opuszczone wiec nie powinno być problemów.
Gdy wstałem paru innych trupów wstało za mną. Ten co siedział koło mnie złapał mnie za nadgarstek.
-Łł…hwy?
Nie musiałem go rozumieć by wiedzieć o co chodzi. Chodziło mu o polowanie. Chciałem pokręcić przecząco głową ale wzruszyłem ramionami. Gdybym zaprzeczył i potem kogoś bym jednak zabił i wrócił cały od świeżej krwi to pewnie zostałbym wygnany albo zabity.
Mężczyzna który mi się spytał puścił moją dłoń, jednak nie wstał. Wstało natomiast paru innych. Nie tak to sobie wyobrażałem ale nich im już będzie.
Gdy szliśmy w kierunku mostu, okolica w której się znaleźliśmy wydawała mi się całkiem inna, obca. Było tu pusto i przeraźliwie cicho. Było słychać tylko nasze kroki i szurania. Ta cisza była przerażająca, nawet dla mnie. Żeby dojść do mostu musieliśmy przejść obok drugiego cmentarza w tym mieście. Droga była dłuższa niż myślałem…albo to po prostu my się tak wlekliśmy. Wyszliśmy z osiedla gdy niebo było jeszcze wysoko na niebie, a przed cmentarzem byliśmy jak już się zrobiło ciemno.
Zatrzymałem się. Może Robert jest gdzieś na cmentarzu? Może postanowił poszukać grobów ludzi z jego nazwiskiem, czyli prawdopodobnie grobów ludzi należących do jego rodziny?
Przeszedłem przez bramę cmentarza. Niektórzy poszli za mną ale większość została przed cmentarzem.
Tak jak myślałem, cmentarz był bardzo zniszczony. Niektóre drzewa obaliły się na groby, tablice i krzyże poprzewracały się. Obok grobów były dziury wykopane przez wydostające się trupy. Z wieży mauzoleum pozostał tylko wystający fragment. Chodziłem jak głupi pomiędzy grobami, zaglądałem do każdej dziury.
Nigdzie go nie było. Usiadłem na ławce zrezygnowany. I siedziałbym tak chyba do rana gdyby nie ten zapach. Zapach żywego ciała. Wstałem i zacząłem węszyć. Nastąpiło poruszenie. Wszyscy już poczuli ten zapach, zapach ciepłego, smacznego ciała. Wyszedłem z cmentarza i zacząłem iść za zapachem. Za mną poszło tylko dwoje trupów. Reszta nie wierzyła mi za bardzo. Nie musieliśmy iść daleko. Przy następnej bramie od cmentarza stała jakaś kobieta. Zauważyła nas i zaczęła iść w naszą stronę. Postanowiłem przyspieszyć przywitanie i zacząłem biec w jej kierunku. Kobieta na chwilę zatrzymała się po czym zaczęła uciekać. Typowa niezdecydowana baba. Kobieta biegła w kierunku domów. Tych opuszczonych domów. To było swojego rodzaju samobójstwo. Do naszej trójki dołączyła reszta. Pewnie dojdzie do walki o ciało.
Kobieta była szybsza, ale tylko trochę ponieważ kiedy zamknęła się już w domu i zgasiła światło my dobiegaliśmy już do płotu. Kiedy przebiegliśmy przez ogród zaczęło się prawdziwe oblężenie. Niektórzy dobijali się drzwiami, paru zbiło szyby w oknach lecz nie mogli przejść bo za bardzo by się poranili a klamki były zbyt wysoko.
Nie dbałem już o to czy ktoś się o nas dowie, nie chciało mi się już szukać Roberta. Chciało mi się jeść.
Zabijemy ją pewnie wspólnie a potem zaczną się walki o ciało. Teraz jest kilka opcji; albo wszyscy będą atakować wybraną osobę, i potem następną i następną aż zostanie dwóch czy trzech, albo dojdzie do sytuacji „gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta” i ktoś podkradnie ciało. Mam tylko nadzieję, że nie dojdzie do tej pierwszej opcji.
Ktoś w końcu wyważył drzwi i wszyscy wbiegli do domu wydając przeraźliwie krzyki radosnych zombie.
Nie trzeba było długo jej szukać. Kobieta głośno płakała w łazience. Drzwi od łazienki od razu zostały połamane.
Kobieta siedziała na podłodze za pralką. Miała około czterdziestu lat. Była drobna. Jej włosy były ciemne a skóra wręcz przezroczysta. Miała duże, zielone oczy zaczerwienione od płaczu. W prawej ręce trzymała nóż kuchenny a w lewej gaz pieprzowy, którego właśnie użyła na kilku pierwszych.
I wtedy zaczęła się walka. Niestety doszło do pierwszej opcji. Na szczęście ja nie byłem na pierwszym celowniku więc wykorzystałem resztki rozsądku i uciekłem z domu. Tak w zasadzie to kobieta należała się mi, bo to ja ją wyczułem pierwszy. No może jeszcze tamtej dwójce zombie bo tylko oni mi uwierzyli. No ale trudno, może potem ktoś się nawinie.
Teraz znowu zaczął liczyć się Robert.
Mimo tego, że minęły dwa tygodnie od akcji z tamtą żywą dziewczyną, nadal o niej myślę. Jednak znacznie częściej myślę o głodzie. Miasto powoli pustoszało. Przez te dwa tygodnie tylko trzy polowania zakończyły się moim sukcesem. Ciekawi mnie to czy może dojść do kanibalizmu. W sumie pomogło to by bardzo ludziom ale mój pseudo instynkt samozachowawczy każe bać mi się tej sytuacji.
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Czy ludzie są tak głupi, że nie widzą tych wyjątkowo brutalnych i głośnych śmierci swoich sąsiadów? Czy po prostu władze miasta jakimś cudem to potrafią ukryć? Albo to właśnie z tego powodu ludzie uciekają z tego miejsca? Tylko czemu tak wolno? Czemu nie wysłali odpowiednich służb by się nami zająć?
Tyle pytań bez odpowiedzi… Nie mam komu się o to wszystko wypytać. Nikt z moich „towarzyszy”, przynajmniej nikt kto umie jakoś się porozumiewać, nie potrafi mi pomóc.
Czuję się coraz gorzej. Powoli wariuję. Ciekawe czy ktoś jeszcze tak się czuje?
A właśnie. Gdzie jest Robert? Nie widziałem go od paru dni. Wątpię żeby go zabili, jest na to za sprytny i szybki jak na truposza, jednak tak dla spokoju ducha lepiej poszukam jego pseudo żywego lub naprawdę martwego ciała. Szukanie Roberta jest jak szukanie igły w stogu siana, ale ja mam czas i chęci.
Najpierw zaczniemy od miejsc które lubił, być może ukrywa się w którymś z miejsc przed tym przytłaczającym nastrojem osiedla.
Jednym z miejsc bardzo często odwiedzanych przez mojego przyjaciela był stary, chyba przedwojenny, most kolejowy. Most ten znajduje się dość niedaleko osiedla i domy w jego pobliżu również są opuszczone wiec nie powinno być problemów.
Gdy wstałem paru innych trupów wstało za mną. Ten co siedział koło mnie złapał mnie za nadgarstek.
-Łł…hwy?
Nie musiałem go rozumieć by wiedzieć o co chodzi. Chodziło mu o polowanie. Chciałem pokręcić przecząco głową ale wzruszyłem ramionami. Gdybym zaprzeczył i potem kogoś bym jednak zabił i wrócił cały od świeżej krwi to pewnie zostałbym wygnany albo zabity.
Mężczyzna który mi się spytał puścił moją dłoń, jednak nie wstał. Wstało natomiast paru innych. Nie tak to sobie wyobrażałem ale nich im już będzie.
Gdy szliśmy w kierunku mostu, okolica w której się znaleźliśmy wydawała mi się całkiem inna, obca. Było tu pusto i przeraźliwie cicho. Było słychać tylko nasze kroki i szurania. Ta cisza była przerażająca, nawet dla mnie. Żeby dojść do mostu musieliśmy przejść obok drugiego cmentarza w tym mieście. Droga była dłuższa niż myślałem…albo to po prostu my się tak wlekliśmy. Wyszliśmy z osiedla gdy niebo było jeszcze wysoko na niebie, a przed cmentarzem byliśmy jak już się zrobiło ciemno.
Zatrzymałem się. Może Robert jest gdzieś na cmentarzu? Może postanowił poszukać grobów ludzi z jego nazwiskiem, czyli prawdopodobnie grobów ludzi należących do jego rodziny?
Przeszedłem przez bramę cmentarza. Niektórzy poszli za mną ale większość została przed cmentarzem.
Tak jak myślałem, cmentarz był bardzo zniszczony. Niektóre drzewa obaliły się na groby, tablice i krzyże poprzewracały się. Obok grobów były dziury wykopane przez wydostające się trupy. Z wieży mauzoleum pozostał tylko wystający fragment. Chodziłem jak głupi pomiędzy grobami, zaglądałem do każdej dziury.
Nigdzie go nie było. Usiadłem na ławce zrezygnowany. I siedziałbym tak chyba do rana gdyby nie ten zapach. Zapach żywego ciała. Wstałem i zacząłem węszyć. Nastąpiło poruszenie. Wszyscy już poczuli ten zapach, zapach ciepłego, smacznego ciała. Wyszedłem z cmentarza i zacząłem iść za zapachem. Za mną poszło tylko dwoje trupów. Reszta nie wierzyła mi za bardzo. Nie musieliśmy iść daleko. Przy następnej bramie od cmentarza stała jakaś kobieta. Zauważyła nas i zaczęła iść w naszą stronę. Postanowiłem przyspieszyć przywitanie i zacząłem biec w jej kierunku. Kobieta na chwilę zatrzymała się po czym zaczęła uciekać. Typowa niezdecydowana baba. Kobieta biegła w kierunku domów. Tych opuszczonych domów. To było swojego rodzaju samobójstwo. Do naszej trójki dołączyła reszta. Pewnie dojdzie do walki o ciało.
Kobieta była szybsza, ale tylko trochę ponieważ kiedy zamknęła się już w domu i zgasiła światło my dobiegaliśmy już do płotu. Kiedy przebiegliśmy przez ogród zaczęło się prawdziwe oblężenie. Niektórzy dobijali się drzwiami, paru zbiło szyby w oknach lecz nie mogli przejść bo za bardzo by się poranili a klamki były zbyt wysoko.
Nie dbałem już o to czy ktoś się o nas dowie, nie chciało mi się już szukać Roberta. Chciało mi się jeść.
Zabijemy ją pewnie wspólnie a potem zaczną się walki o ciało. Teraz jest kilka opcji; albo wszyscy będą atakować wybraną osobę, i potem następną i następną aż zostanie dwóch czy trzech, albo dojdzie do sytuacji „gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta” i ktoś podkradnie ciało. Mam tylko nadzieję, że nie dojdzie do tej pierwszej opcji.
Ktoś w końcu wyważył drzwi i wszyscy wbiegli do domu wydając przeraźliwie krzyki radosnych zombie.
Nie trzeba było długo jej szukać. Kobieta głośno płakała w łazience. Drzwi od łazienki od razu zostały połamane.
Kobieta siedziała na podłodze za pralką. Miała około czterdziestu lat. Była drobna. Jej włosy były ciemne a skóra wręcz przezroczysta. Miała duże, zielone oczy zaczerwienione od płaczu. W prawej ręce trzymała nóż kuchenny a w lewej gaz pieprzowy, którego właśnie użyła na kilku pierwszych.
I wtedy zaczęła się walka. Niestety doszło do pierwszej opcji. Na szczęście ja nie byłem na pierwszym celowniku więc wykorzystałem resztki rozsądku i uciekłem z domu. Tak w zasadzie to kobieta należała się mi, bo to ja ją wyczułem pierwszy. No może jeszcze tamtej dwójce zombie bo tylko oni mi uwierzyli. No ale trudno, może potem ktoś się nawinie.
Teraz znowu zaczął liczyć się Robert.
sobota, 27 kwietnia 2013
Rozdział 5
Nie wiedziałem co robić, więc tylko wybiłem szybę w oknie. Nie uderzyła się w nic głową aż tak żeby krwawiła wiec raczej źle nie
jest.
Tak w zasadzie, skoro jest nieprzytomna to mogę sobie spokojnie odejść od niej. Zapomni pewnie o całej sprawie lub będzie myślała że coś jej się przyśniło.
Ale przecież nie mogę pozostawić tu jej samej. Jeśli coś jej się stało jednak, jeśli będzie mieć jakiś wstrząs to nikt jej nie pomoże bo nikt tu nie przychodzi.
Wiem już co zrobię. Skorzystam z jej telefonu i zadzwonię bo pogotowie a potem od razu ucieknę. Szkoła jest niedaleko rzeki wiec spokojnie uda mi się uciec.
Skorzystać z telefonu...jakie to wydaje się proste. Proste, dla osoby o żywych palcach. Ja jako trup, mam też trupie palce. Sztywne i zimne. No ale ok, spróbuję.
Wyjąłem z jej torebki telefon. Była to jakaś dotykowa nokia. Włączyłem ją i z trudem odblokowałem ekran. Potem było już lepiej, tylko nacisnąłem na słuchawkę a potem wybrałem odpowiedni numer. Zdziwiłem się, że jeszcze go pamiętam, ale to pewnie dlatego że jest krótki.
Szkoda że nie pamiętam swojego...lub kogoś kogo znałem. Mógłbym wtedy zadzwonić do siebie, rodziców albo znajomych...Chociaż i tak nie miało by to sensu. Nie umiałbym dobrać odpowiednich słów o ile w ogóle potrafiłbym się wysłowić. I co miałbym im powiedzieć?
"Hej tu Dawid...tak, ten martwy Dawid"? Niech już lepiej myślą, że jestem martwy...ale tak prawdziwie martwy.
Dobra, wracając do tematu. Po kilku sygnałach jakoś udało mi się połączyć z pogotowiem. Odebrała kobieta.
- Dobry wieczór, szpit...
Nie pozwoliłem jej dokończyć. Dla mnie liczył się czas.
- Sta-stara sz...koła, P...p..pro...nków, nie...p-przytomna
Gdy to powiedziałem rozłączyłem się. Wyłączyłem telefon i schowałem go do kieszeni spodni. Po co dać policji (która na pewno przyjedzie) więcej wskazówek?
Ostatni raz spojrzałem na leżącą dziewczynę i wyszedłem ze szkoły. Poszedłem w kierunku rzeki i wszedłem do niej. Przeszedłem dość spory kawał i dopiero potem wyszedłem na brzeg.
Teraz muszę tylko w miarę szybko wrócić do innych trupów i zapomnieć o całej sprawie. I jutro muszę zapolować, bo z tego wszystkiego nie zaspokoiłem głodu.
Dojście do osiedla nie zajęło mi dużo czasu. Kiedy tylko przeszedłem granice Robert podszedł do mnie. Chyba się martwił...w końcu pierwszy raz polowałem sam. Może był kimś z mojej rodziny? No chyba że stało się coś innego, bo wszyscy wyglądali na poruszonych. Jednak nie interesowało mnie zbytnio. Byłem zbyt zajęty myśleniem o tym co stanie się jeśli ona nie zapomni tamtej sytuacji. Jeśli zamkną ją przeze mnie w psychiatryku. Ja sam bym tam nie wytrzymał jako żywy, bo teraz jako trup to jest mi to obojętne I tak nic nie wniosę nowego do życia.
Nie przybyło ani nie ubyło żadnych martwych. Wciąż te same twarze. Jedne co się zmieniło to to, że są bardziej brudni i niektórzy poranieni. Nic po za tym. W sumie to dobrze. Jakoś przyzwyczaiłem się do nich, nawet ich polubiłem.
Powinniśmy kiedyś wszyscy razem iść na cmentarz i pokazać swoje groby, lub chociażby groby na których jest czyjeś imię jeśli ktoś nie był pochowany tutaj, albo w ogóle nie był pochowany. Nie chce mi się wymyślać imion i nazwisk dla nich wszystkich. Tak naprawdę to znam imię tylko Roberta bo reszcie nadałem jakieś swoje wymyślone. Nie tylko imiona im wymyślam. Również ich historie. Skąd są, kim byli, jakie mieli życie, plany, rodziny. Takie podstawowe rzeczy.
Nagle usłyszałem dźwięk karetki pogotowia i policji. Ci to mają tempo. Gorzej niż my. Tak w zasadzie to te dźwięki towarzyszyły mi na początku mojego bycia martwym prawie cały czas. Co po chwile gdzieś jeździły karetki, policja, straż. Potem to ucichło.
Ciekawe co będzie z tą dziewczyną. Oby o tym zapomniała! Nie chce jej robić kłopotów. W sumie...po co ją wtedy zabrałem? Co chciałem tym pokazać? A jakby nas wtedy ktoś zobaczył? Jakiś jej znajomy? Wtedy wszystko by sie wydało.
O matko co to by była za panika! Wtedy ludzie byliby pogubieni. Skoro zombie są to wampiry i reszta pewnie też! Ile wtedy byłoby fałszywych zgłoszeń... Jak w średniowieczu by osądzali ludzi o jakieś mroczne siły i by ich zamykali w zakładach albo od razu mordowali. Chaos totalny. Liczba ludzi zdziesiątkowałaby się pewnie tak samo jak podczas dżumy. Wolałbym umrzeć jako jeden z pierwszych niż na to patrzeć wtedy.
No ale i tak to mnie czeka. To tylko kwestia czasu aż będzie nas za dużo i w końcu ktoś nas zobaczy. A wtedy chyba sam wyjdę im na pokaz żeby mnie zabili.
Tak w zasadzie, skoro jest nieprzytomna to mogę sobie spokojnie odejść od niej. Zapomni pewnie o całej sprawie lub będzie myślała że coś jej się przyśniło.
Ale przecież nie mogę pozostawić tu jej samej. Jeśli coś jej się stało jednak, jeśli będzie mieć jakiś wstrząs to nikt jej nie pomoże bo nikt tu nie przychodzi.
Wiem już co zrobię. Skorzystam z jej telefonu i zadzwonię bo pogotowie a potem od razu ucieknę. Szkoła jest niedaleko rzeki wiec spokojnie uda mi się uciec.
Skorzystać z telefonu...jakie to wydaje się proste. Proste, dla osoby o żywych palcach. Ja jako trup, mam też trupie palce. Sztywne i zimne. No ale ok, spróbuję.
Wyjąłem z jej torebki telefon. Była to jakaś dotykowa nokia. Włączyłem ją i z trudem odblokowałem ekran. Potem było już lepiej, tylko nacisnąłem na słuchawkę a potem wybrałem odpowiedni numer. Zdziwiłem się, że jeszcze go pamiętam, ale to pewnie dlatego że jest krótki.
Szkoda że nie pamiętam swojego...lub kogoś kogo znałem. Mógłbym wtedy zadzwonić do siebie, rodziców albo znajomych...Chociaż i tak nie miało by to sensu. Nie umiałbym dobrać odpowiednich słów o ile w ogóle potrafiłbym się wysłowić. I co miałbym im powiedzieć?
"Hej tu Dawid...tak, ten martwy Dawid"? Niech już lepiej myślą, że jestem martwy...ale tak prawdziwie martwy.
Dobra, wracając do tematu. Po kilku sygnałach jakoś udało mi się połączyć z pogotowiem. Odebrała kobieta.
- Dobry wieczór, szpit...
Nie pozwoliłem jej dokończyć. Dla mnie liczył się czas.
- Sta-stara sz...koła, P...p..pro...nków, nie...p-przytomna
Gdy to powiedziałem rozłączyłem się. Wyłączyłem telefon i schowałem go do kieszeni spodni. Po co dać policji (która na pewno przyjedzie) więcej wskazówek?
Ostatni raz spojrzałem na leżącą dziewczynę i wyszedłem ze szkoły. Poszedłem w kierunku rzeki i wszedłem do niej. Przeszedłem dość spory kawał i dopiero potem wyszedłem na brzeg.
Teraz muszę tylko w miarę szybko wrócić do innych trupów i zapomnieć o całej sprawie. I jutro muszę zapolować, bo z tego wszystkiego nie zaspokoiłem głodu.
Dojście do osiedla nie zajęło mi dużo czasu. Kiedy tylko przeszedłem granice Robert podszedł do mnie. Chyba się martwił...w końcu pierwszy raz polowałem sam. Może był kimś z mojej rodziny? No chyba że stało się coś innego, bo wszyscy wyglądali na poruszonych. Jednak nie interesowało mnie zbytnio. Byłem zbyt zajęty myśleniem o tym co stanie się jeśli ona nie zapomni tamtej sytuacji. Jeśli zamkną ją przeze mnie w psychiatryku. Ja sam bym tam nie wytrzymał jako żywy, bo teraz jako trup to jest mi to obojętne I tak nic nie wniosę nowego do życia.
Nie przybyło ani nie ubyło żadnych martwych. Wciąż te same twarze. Jedne co się zmieniło to to, że są bardziej brudni i niektórzy poranieni. Nic po za tym. W sumie to dobrze. Jakoś przyzwyczaiłem się do nich, nawet ich polubiłem.
Powinniśmy kiedyś wszyscy razem iść na cmentarz i pokazać swoje groby, lub chociażby groby na których jest czyjeś imię jeśli ktoś nie był pochowany tutaj, albo w ogóle nie był pochowany. Nie chce mi się wymyślać imion i nazwisk dla nich wszystkich. Tak naprawdę to znam imię tylko Roberta bo reszcie nadałem jakieś swoje wymyślone. Nie tylko imiona im wymyślam. Również ich historie. Skąd są, kim byli, jakie mieli życie, plany, rodziny. Takie podstawowe rzeczy.
Nagle usłyszałem dźwięk karetki pogotowia i policji. Ci to mają tempo. Gorzej niż my. Tak w zasadzie to te dźwięki towarzyszyły mi na początku mojego bycia martwym prawie cały czas. Co po chwile gdzieś jeździły karetki, policja, straż. Potem to ucichło.
Ciekawe co będzie z tą dziewczyną. Oby o tym zapomniała! Nie chce jej robić kłopotów. W sumie...po co ją wtedy zabrałem? Co chciałem tym pokazać? A jakby nas wtedy ktoś zobaczył? Jakiś jej znajomy? Wtedy wszystko by sie wydało.
O matko co to by była za panika! Wtedy ludzie byliby pogubieni. Skoro zombie są to wampiry i reszta pewnie też! Ile wtedy byłoby fałszywych zgłoszeń... Jak w średniowieczu by osądzali ludzi o jakieś mroczne siły i by ich zamykali w zakładach albo od razu mordowali. Chaos totalny. Liczba ludzi zdziesiątkowałaby się pewnie tak samo jak podczas dżumy. Wolałbym umrzeć jako jeden z pierwszych niż na to patrzeć wtedy.
No ale i tak to mnie czeka. To tylko kwestia czasu aż będzie nas za dużo i w końcu ktoś nas zobaczy. A wtedy chyba sam wyjdę im na pokaz żeby mnie zabili.
sobota, 6 kwietnia 2013
Rozdział 4
To było takie dziwne uczucie. Nie przypominam sobie żebym jako żywy czuł aż tak mocno bicie serca.
Widocznie teraz byłem zbyt przyzwyczajony do takiej pustki, bezruchu w mojej piersi.
Nie wiem...może to pod wpływem adrenaliny z powodu walki z zombie?
No bo raczej przywrócić serce do bicia jest zbyt trudne do wykonania przez jedną dziewczynę. Wyjątkowo piękną dziewczynę.
Dziewczynę która teraz się na mnie gapi i pewnie nie uciekła tylko dlatego bo sparaliżował ją strach.
Było jeszcze za wcześnie na to by zombie znowu zaczynały się ukrywać. Nie wiem czemu ale nie odpowiadała mi wizja tej dziewczyny pożeranej przez resztę martwych.
Muszę ją gdzieś ukryć.
Pokazałem palcem wskazującym na usta, tak jak się czasem robi żeby kogoś uciszyć.
Chwyciłem ją za nadgarstek.
- Chodź - powiedziałem. Nawet nie źle mi to wszyło, patrząc też na to że nie jadłem od kilku dni.
Dziewczyna była chyba zbyt zaskoczona i wystraszona by zareagować. No cóż...widok dwóch walczących umarlaków nie należy do codzienności no nie?
Nawet dobrze, że była chwilowo (mam nadzieje) otępiała. To ułatwiło sprawę bo swoim krzyczeniem nie zbudziła by mieszkańców i nie przywołałaby zombie.
Tylko gdzie z nią pójść...Oo! Już wiem! Niedaleko stąd znajduje się stary budynek szkoły.
Jest wystarczająco blisko domów ludzi by inne trupy tam nie łaziły, a jednocześnie jest wystarczająco ponury i zniszczony by ludzie go unikali.
Gdy szliśmy do szkoły moją uwagę zwróciły dwie dziwne rzeczy. Niektóre ulice były wręcz puste, opuszczone. W żadnym oknie nie paliły się światła, nie było nic słychać. Żadnych zwierząt domowych lub dzikich ani ludzi.
Drugim był odcień nieba. Dopiero teraz zauważyłem, że był on lekko zielony. Nie było żadnej mgły ani nic, wiec niebo powinno być normalne a ono, mimo późnej godziny było w miarę jasne.
Jednak szybko przestałem myśleć o tym dziwnym niebie i ciszy. Bo w końcu stanęliśmy przed szkołą.
Budynek składał się z parteru i pierwszego piętra. Miał kształt prostokąta. Dłuższą częścią był obrócony w stronę ulicy. Na środku był mały ganek i wejście do szkoły. Po obu stronach drzwi było tyle samo okien, czyli po trzy. Na pierwszym piętrze było ich siedem.
Budynek był zbudowany z czerwonej cegły. Wokół niego było pełno zaniedbanych roślin i śmieci. O dziwo, nie było na nim ani jednego graffiti W środku było ciemno i panował straszny bałagan. Złażąca farba, pękające ściany, odchodzący tynk, dziury w suficie i ścianach, pełno pajęczyn i kurzu.
Weszliśmy do jednej z mniej zniszczonych sal.
Niektóre ławki były poprzewracane, niektórych brakowało. Reszta stała normalnie. To samo dotyczyło się krzeseł i innych mebli.
Wszystko było zniszczone przez czas. Wszędzie był kurz i pajęczyny, śmierdziało stęchlizną.
Dziewczyna usiadła na jednym z krzeseł. Usiadłem kawałek dalej, naprzeciwko niej.
Jej twarz nadal nie wyrażała żadnych emocji. Dopiero po pewnym czasie spojrzała na mnie.
- Czemu mnie tu przyprowadziłeś? Nic ci nie zrobiłam - powiedziała. Jej oczy były powiększone ze strachu i kręciły się w nich łzy. Głos lekko łamał jej się. Odwróciłem od niej wzrok, jednak ona nie ustępowała - Proszę...wypuść mnie. Nikomu nie powiem o tym morderstwie. Wiem, że wszyscy tak mówią, ale ja naprawdę nic nie powiem!
W tej chwili rozpłakała się.
Cholera. Myśli, że chce ją zabić...muszę ją jakoś uspokoić. Chrząknąłem żeby na mnie spojrzała. Gdy to zrobiła przejechałem palcem po szyi a potem pokręciłem przecząco głową.
Źle to zrozumiała bo zaczęła jeszcze głośniej szlochać.
Podszedłem do niej. Skuliła się jeszcze bardziej i jeszcze głośniej zaczęła płakać. Złapałem ją za ramię i powiedziałem aż tak mocno zachrypniętym głosem, że dziwię się że cokolwiek zrozumiała.
- Nie...płacz...ja...nie... - i tu znowu przejechałem palcem po szyi, po czym wskazałem na okno - tam... inni...tak
-J-jacy inni? - spytała z trudem łapiąc oddech.
Spojrzałem w okno. Powiedzieć jej czy nie powiedzieć? W sumie...nie chce jej zabić, ale jeśli puszczę ją żywą to powie odpowiednim służbą o całym zdarzeniu i ci nas pewnie znajdą.
A jeśli jej powiem...jeśli wzbudzę w niej litość lub chociażby zaufanie...może nawet nam, mi, pomoże?
- C-czy...wierzy..sz...w zo...mbie? - spytałem. Powiedziałem to niewyraźnie, w dodatku z tą ohydną chrypką, że zdziwiłem się że nie zaczęła płakać znowu.
- Nie... - odpowiedziała. Jeszcze bardziej zaniepokoiła się, ale posłała mi ciekawskie spojrzenie.
Patrzyłem się chwile na nią, potem znów na okno.
- To uwie...rz.
Dziewczyna zmrużyła oczy i przechyliła głowę w bok. Nie pozostało mi nic innego jak dać jej...to znaczy pokazać dowód na to, że zombie istnieją, że to ja jestem ich przedstawicielem. Kiedyś podczas polowania pewien mężczyzna wbił mi w serce nóż. Było to dość dawno ale rana nadal nie zagoiła się, była wciąż otwarta i taka dziwnie mokra.
Zacząłem zdejmować górną część garnituru.
No właśnie! Jak ja musiałem debilnie wyglądać...Garnitur...brudny od krwi i błota...moja twarz, w zasadzie nie tylko twarz pewnie też zbyt czysta nie była.
Kwestię wyglądu odłożyłem na chwile na bok. Najpierw odchyliłem marynarkę a potem próbując odpiąć koszule, zerwałem guziki. Wtedy odchyliłem to wszystko jeszcze bardziej pokazując jej moją ranę.
- T-teraz w-wierzysz? - spytałem. Ona przez chwile nie odpowiadała wpatrując się w ranę. Gdy spojrzała mi w oczy, zemdlała.
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Rozdział 3
Gdy słońce całkowicie zniknęło za horyzontem, powoli z ukrycia zaczęły wyłaniać się zombie. Nocni mieszkańcy miasta. Powykrzywiane i zakrwawione mordy wędrowały chwiejnym, jak u mocno nawalonego pijaka, krokiem w kierunku miasta. Tam, wszyscy którzy nie zdążyli dojść do domów skończą jako kolacja. Ciekawe kto teraz umrze.
Zawsze czytam nekrologi które wiszą na tablicy na ścianie księgarni. Na szczęście nie umarł jeszcze nikt z moim nazwiskiem.
Ginęli zazwyczaj młodzi ludzie. Ludzie, którzy mieli plany, marzenia, na pewno woleli by umrzeć inaczej. Na pewno woleli by umrzeć bezboleśnie. Zombie nie używają zastrzyków znieczulających. Gdy już kogoś złapią ofiara nie ma szans na przeżycie. Ja zawsze staram się zabić ich jak najszybciej by oszczędzić im bólu. Nie wszyscy tak robią.
Czas chyba ruszyć z tym chodzącym cmentarzem.
Spojrzałem pytająco na mojego przyjaciela. Ten jednak nie odwzajemnił mojego spojrzenia, tylko nadal wpatrywał się w tłum. Szturchnąłem go i kiedy wreszcie się spojrzał wskazałem na tłum. On pokiwał przecząco głową. Jemu najwyraźniej też zebrało się na refleksje.
Chyba dzisiaj będę musiał zapolować sam. No chyba, że trafię na resztki innego zombie, co się raczej nie zdarzy.
Cichy głos w mojej głowie zaapelował abym pozostał w ukryciu, jednak donośny bas mojego głodu zaraz go uciszył. Pewnie na krótko, ale jednak uciszył.
Dołączyłem do orszaku głodnych. Teraz liczyło się tylko zabicie głodu.
Gdy byliśmy bliżej miasta, coraz więcej zombie rozdzielało się w małe grupki. Ja, jako jeden z niewielu, postanowiłem zapolować sam. Z resztą byłem zbyt głodny by czekać na grupę.
Przez krótki moment byłem skołowany. Od czego mam zacząć? To zawsze mój przyjaciel wybierał ofiary. Teraz, kiedy jestem sam, nie wiem co mam zrobić. Chodzić po mieście i liczyć, że ktoś się znajdzie? Może jednak lepiej byłoby jakbym dołączył się do kogoś.
Jednak na dołączenie się było już za późno. Nie było widać już żadnego zombie.
Trudno. Muszę poradzić sobie sam.
Przez krótką chwile stałem w miejscu nasłuchując. Cisza. Może jestem za daleko od centrum. Przeszedłem jeszcze kilka zaniedbanych ulic. Nadal nic.
Czyżby ludzie dowiedzieli się prawdziwym zagrożeniu? Czyżby już uciekli?
Pod śmietnikiem, koło którego właśnie przechodziłem leżało lustro. Było brudne, ale nie aż tak żebym nie mógł zobaczyć swojego odbicia.
Byłem ubrany w poszarpany garnitur, który był brudny od błota i krwi. Miałem bladą skórę spod której prześwitywały żyły. Na szyi i twarzy miałem kilka małych ran, które na szczęście nie oszpecały jej mocno. Moje oczy, wcześniej ciemnozielone stały się dużo jaśniejsze. Natomiast moje włosy, które zazwyczaj były jasnobrązowe mocno ściemniały. No cóż....zombie nie ma kiedy i gdzie dbać o higienę W sumie powinienem się cieszyć, że wyglądam w miarę normalne, inne zombie wyglądają jak trupy wyjęte z grobu w połowie gnicia.
Moje rozmyślania przerwał krzyk mężczyzny.
Poczułem dziwną ulgę, jednak zaraz jej miejsce zajęło zdenerwowanie. Czy ci idioci chcą obudzić miasto? I wtedy nas znajdą i zabiją. Chociaż lepsza prawdziwa śmierć niż bycie zombie. Może jednak sprawdzę kto go zabił. A nóż uda mi się dostać trochę mięsa?
Nie musiałem iść daleko. Ledwie parę domów dalej zobaczyłem dwa zombie nad ciałem mężczyzny. Była to mała, menelska dzielnica. Więc nawet jakby znaleźli tu kogoś szczątki, nikt by się tym za bardzo nie przejął.
Tymi zombie byli dwaj mężczyźni. Jeden mógł mieć około pięćdziesiąt lat, a drugi co najwyżej dwadzieścia. Starzec był dość niski i gruby. Garnitur w który był ubrany nie wyglądał na mocno znoszony, więc pewnie był to jeden z nowych zombie. Pewnie też musiał wyleźć z grobu.
Młodszy był również niskiego wzrostu, jednak miał więcej mięśni. Był blondynem, a jego tłuste włosy były średniej długości. Twarz miał poobdzieraną, a poszarpane ubranie splamione krwią i błotem.
Mężczyźni zamiast jeść, walczyli.
Jak to się mówiło...gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta? No więc podszedłem do ciała, jednak zanim zacząłem jeść, młodszy zobaczył mnie i odepchnął starca, który upadł niefortunnie na leżącą cegłę i rozbił sobie głowę zabijając się. Czyli chcąc nie chcąc pomogłem jemu? Może w ramach wdzięczności podzieli się ze mną posiłkiem?
Jednak zamiast pozwolić mi jeść z nim, posłał mi wściekłe spojrzenie i ruszył w moim kierunku. Już szykowałem się do walki, kiedy on zatrzymał się gwałtownie i wpatrywał się w jakiś punkt za mną. Mógł to być taki trik na odwrócenie mojej uwagi. Niestety moja ciekawość wzięła górę i odwróciłem się.
Ledwie parę metrów za mną stała chyba najpiękniejsza dziewczyna jaką kiedykolwiek widziałem. Była średniego wzrostu i miała długie, jasne włosy. Ubrana była w szary płaszcz i ciemne rurki. Stała z zaskoczoną i przerażoną miną koło narożnika domu.
Zombie rzucił się w jej kierunku. Ja nie wiedzieć czemu też. Złapałem go w pasie i rzuciłem w bok. Zombie przewrócił się i wstał. Z jego nogi wystawała kość.
Dziewczyna stała sparaliżowana strachem. To musiał być najgorszy widok w jej życiu. Dwa walczące trupy.
Zombie pokuśtykał do mnie i próbował na mnie skoczyć. Kolejny raz go przewróciłem.
Nie no...muszę go zabić. Innej opcji nie ma.
Na szczęście koło schodów od kamienicy leżały puste butelki. Wziąłem jedną i uderzyłem nią w głowę leżącego zombie. Butelka rozbiła się a zombie wydał cichy jęk. Dla pewności uderzyłem go jeszcze drugą i trzecią.
Podszedłem do dziewczyny. Gdy stanąłem przed nią spojrzała na mnie. Światło latarni oświetliło jej twarz.
Dziewczyna miała piękne duże brązowe oczy, otoczone wachlarzem rzęs. Miała również piękne pełne usta otwarte ze zdziwienia.
W tej chwili głód przestał się liczyć. Poczułem coś dziwnego w piersi. Coś innego. Coś czego już dawno nie czułem.
Coś jak bicie serca.
niedziela, 31 marca 2013
Rozdział 2
Pamiętam jaki wtedy byłem przerażony. W sumie kto by nie był? Zdarzyła się rzecz której bałem się najbardziej. Oczy dziwnie mnie piekły, chciało mi się płakać ale nie leciały łzy. Czekałem aż umrę z braku tlenu, aż zacznę się dusić. To czekanie było najgorsze. Wiedziałem co się stanie i nic nie mogłem na to poradzić.
Jednak śmierć długo po mnie nie przychodziła. Pewnie jej pociąg miał opóźnienie, co w naszym pięknym kraju nowością nie jest.
Dopiero wtedy postanowiłem wykorzystać to opóźnienie. Szukałem palcami szczeliny którą mógłbym powiększyć. Trochę to potrwało ale w końcu znalazłem. Odsunąłem wieko i natychmiast zaczęła na mnie spadać ziemia. Zamknąłem oczy i usta i odgarniałem ziemie kierując się ku górze.
Trochę przypominało to pływanie jednak było trudniejsze. Woda nie ma aż takiej masy.
Po paru chwilach znalazłem się na powierzchni. Poszło mi to szybciej niż myślałem. Stałem chwile zadowolony z siebie, że znowu żyję.
Jednak moja radość szybko minęła. Zdałem sobie sprawę z tego jak mało pamiętam. Stałem przez pewien czas skołowany. Spojrzałem na nagrobek.
Dawid Chruszczewski.
ur. 10.09.1995 - zm. 13.03.2013.
13.03.2013. Minęły pewnie dwa dni. Nikt nie wytrzymałby dłużej.
Gdyby nie ten napis, nie wiedziałbym jak się nazywam i ile mam lat. Jedyne co pamiętałem wtedy to wypadek i poszczególne wydarzenia z mojego życia. Wtedy błędnie myślałem, że moje zaniki pamięci są skutkiem wypadku i parodniową nieprzytomnością. Jakże się wtedy myliłem!
Usiadłem na grobie trzymając się za włosy. Gdzie ja mieszkam? Gdzie mam teraz pójść?
Jak w końcu uda mi się znaleźć dom to co mam zrobić? Wejść do domu rodziny pogrążonej w żałobie i powiedzieć "Siema! zrobiłem was w konia, wciąż żyje!"?
Z resztą czy to ważne co mam powiedzieć? Ważne jest to KOMU mam to powiedzieć. Może poczekam tu do rana, wtedy może przyjdą inni ludzie by posprzątać przed grobami swoich zmarłych lub zapalić im znicz? Chociaż co ja miałbym wtedy zrobić? Spytać się czy znają mnie? "Hej, byłem martwy na dwa dni, ale jednak ożyłem. Nie pamiętam jednak kim jestem, może ty wiesz?". Mam tak powiedzieć do jakiejś babci lub dziadka, którzy tu najczęściej przychodzą? Przecież oni zawału dostaną!
Nie będę też się włóczyć po mieście w garniaku brudnym od błota. Głupi wypadek!
Gdybym nie poszedł na tą imprezę to nic by się nie stało!
Zamiast użalać się powinienem gdzieś pójść, bo samotne spanie na cmentarzu raczej nie było moim marzeniem.
Po paru chwilach spostrzegłem, że ktoś mi się przygląda. Był to chyba miejscowy grabarz.
Miał on około trzydziestu lat. Był bardzo blady, wręcz siny. Był też wysoki i szczupły. Miał krótko obcięte czarne włosy i zielone oczy. Ubrany był w czarny, poszarpany i brudny od błota sweter, pod nim ma chyba niebieską koszulę. Kołnierz koszuli jest brudny od czegoś czerwonego. Pewnie oblał się winem. Ciemne jeansy od kolan w dół były ubłocone i poszarpane. Miał również mocno zniszczone czarne buty.
Nie wyglądał na przestraszonego, tylko na zdziwionego, ale i tak postanowiłem wytłumaczyć sytuację.
Gdy chciałem coś powiedzieć zamiast słów z moich ust wydobyły się dziwne pochrząkiwania. Złapałem się za gardło. Nie o to mi chodziło! Mogłem go tym jeszcze bardziej przerazić.
Po paru odkaszlnięciach udało mi się coś powiedzieć.
- J-jestem... ży-żywy...- z trudem powiedziałem. Gardło bolało mnie niemiłosiernie.
Mężczyzna bez cienia emocji na twarzy pokręcił przecząco głową. Sprawiał wrażenie jakby chciał coś powiedzieć. Również musiał odchrząknąć, potem dopiero coś powiedział.
- Jesteś martwy - powiedział ochrypniętym, cichym głosem.
I tak właśnie zaczął się nowy rozdział w moim życiu. Rozdział w którym jestem obecnie i z którego pewnie nigdy już nie wyjdę.
Tamten koleś, którego wziąłem za grabarza nie był grabarzem. Miał na imię Robert i pracował jako dziennikarz.
Pokazał mi tamtego dnia swój grób. Nie powiedział mi o zawodzie, sam rozpoznałem go z nazwiska.
Tamtego dnia zaprowadził mnie do chyba opuszczonej części miasta.
Było to pewne osiedle na skraju lasu. Osiedle składa się z dziesięciu bloków, dwóch kamienic oraz jednego sklepu spożywczego.
Wyglądało tak jakby ludzie opuścili je w pośpiechu. I pewnie tak było.
Tam była reszta zombie. Nie wszyscy wyglądali tak normalnie jak Robert, niektórzy byli zakrwawieni, cali w ranach a innym brakowało kilku części.
To była najgorsza noc w moim życiu. Musiałem przełamać lęk i zaakceptować ich, zaakceptować siebie.
Było ich około trzydziestu. Znałem z twarzy tylko kilku.
Tam jesteśmy teraz. Ukrywamy się tam przed ludźmi. Gdybym był człowiekiem to nie chciałbym raczej żeby horda wygłodniałych zombie chodziła koło mojego domu, więc pewnie albo zawiadomiłbym policje albo sam próbował coś z nimi zrobić, bo przecież te truposze nie będą zabijać z czystym sumieniem moich sąsiadów... no właśnie. Sumienie. To jest chyba najgorsze. Bycie zombie można porównać do jakiegokolwiek uzależnienia. Na krótki czas da się wytrzymać, jednak po dłuższej abstynencji, gdy nadarzy się okazja do zabicia tej wewnętrznej furii uzależnienia, puszczają wszelkie hamulce. Przez chwile jest się błogo zadowolonym, jednak potem rusza sumienie.
Nawet nie można czymś się zająć by odwrócić swoich myśli od tego. Bo czym może zająć się trup o ruchach nieporadnego dziadka? Tylko podczas polowań lub walk (ogólnie, sytuacji w których adrenalina wzrasta) mamy szybkie ruchy. A tak? Ślamazarne kroki, otępiałe spojrzenie. I te myśli. Myśli o ofiarach.
Nie wiem jak inni, może już się przyzwyczaili do tego i mają sumienie w dupie. Jednak ja po zabiciu kogoś wpadam w taką jakby depresje. Nie mogę nawet nikomu się wyżalić. Po prostu nie umiem. Gdy tylko chcę coś powiedzieć, zamiast zdań słychać coś jakby chrząkanie. Dźwięki te są tak przerażające i tak bardzo robi się od nich niedobrze, że staram się nic nie mówić. Dlatego nadal nie wiem co było powodem pojawienia się zombie. Nikt nie m na tyle sił by mi o tym powiedzieć.
Jednak mimo braku tej cennej cechy komunikacji można się z kimś zaprzyjaźnić.
Dowodem na to jest chyba moja "przyjaźń" z Robertem. Mimo tego, że wiem o nim tak niewiele łączy nas pewna więź. Chodzimy i "chrząkamy" w swoim towarzystwie. Pomagamy sobie w polowaniach...a właśnie.
Polowania.
Jestem głodny.
Spojrzałem na mojego przyjaciela, który siedzi obok mnie. Chyba wiedział o co mi chodzi, bo wskazał na miasto a potem na słońce.
No tak. To cholerne ograniczenie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)