Ciekawe
czy w ogóle zauważyli, że główny przewodnik polowania gdzieś zniknął. Pewnie
nie, a nawet jeśli to i tak się tym nie przejęli. Większość martwych myślała
tylko o sobie, tylko niektórzy znajdowali „przyjaciół” jak ja i Robert. A
jeszcze mniej łączyło się w pary i „adoptowało” martwe dzieci.
Widocznie nie tylko ja tęsknię za dawnym życiem. Jednak ja preferuję w żywych
dziewczynach… Takich jak tamta jasnowłosa dziewczyna… ciekawe co z nią…
Kurde! Czy kiedykolwiek skupię się na odnalezieniu Roberta? Dawid, ty martwa
kreaturo, skup się!
To pewnie z powodu głodu. Głód... każdy uzależniony od alkoholu bądź nikotyny
wie co teraz czuję.
Dobrze, że odbieram to na spokojnie, bo większość staje się agresywna i to jest
główna przyczyna naszych prawdziwych śmierci.
No ale dobra… czas przestać myśleć o innych i zadbać o siebie. Co jak na razie
jest dosyć trudne bo jestem w tej części miasta której nikt nie odwiedzał nawet
za mojego życia. Jedynymi żyjącymi tutaj
istotami są szczury baraszkujące w śmietniku.
Mógłbym zawrócić, ale wtedy miałbym na głowie stado trupów. Poszukam więc
jakiegoś żywego, któremu znudziło się życie wśród ludzi i przeniósł się tutaj
albo wcale nie opuścił tego miejsca.
Niestety nikt tutaj nie pozostał. Jednak nie chciałem wracać głodny bo kto wie
co by mi strzeliło do głowy. Szedłem dalej, aż w końcu wszelkie domostwa i inne
budynki zniknęły. Pozostał tylko las.
Las jest zgubny szczególnie gdy ma się słabą orientacje w terenie, dlatego
postanowiłem iść wzdłuż drogi. A nóż ktoś weźmie mnie za autostopowicza i
zaproponuje podwóz?
Niestety nic takiego nie miało miejsca. Nikt nie jechał przez tą drogę. Gdy
zaczęło się robić jaśniej doszedłem do jakiejś wioski. Musiałem się pospieszyć
z łowami bo za chwilę słońce zrobi się niebezpieczne.
Szczęście postanowiło wreszcie się do mnie uśmiechnąć. Z białego domu
jednorodzinnego (nawet ładnego, zbudowanego w stylu wiktoriańskim) wychodził
mężczyzna. Pewnie jechał do pracy.
Postanowiłem odstawić przedstawienie.
Gdy byłem wystarczająco blisko spróbowałem krzyknąć „pomocy”. Wyszło mi tak jak
chciałem, czyli słabo i mocno niewyraźnie. Kiedy on się na mnie spojrzał,
celowo się przewróciłem twarzą do asfaltu, ale tak by móc go też obserwować.
Jeśli ma dobre serce pomoże biednemu błąkającemu się po lasach obdartusowi. W
sumie dobrego serca nie musi mieć, ważne żeby w ogóle jakieś miał.
Tak jak przypuszczałem mężczyzna zbliżał się do mnie. Był w średnim wieku. Miał
mocne zakola i był w dziewiątym miesiącu ciąży piwnej. W sumie dobrze, więcej
jedzenia. Taki fast food.
Gdy w końcu do mnie podbiegł, uklęknął i chciał mnie obrócić na plecy. Byłem
szybszy. Chwyciłem go za głowę i nie zdążył nawet powiedzieć „o kurwa”
skręciłem mu kark. Szybka śmierć. W dodatku cicha. Śmierć idealna. To znaczy dla mnie. Bo jego to pewnie bolało.
Gdy najadłem się do syta, odwlokłem ciało do lasu, wkładając poszczególne
kawałki do kieszeni spodni. Dla Roberta jeśli byłby głodny. I jeśli go w ogóle
znajdę.
Na ulicy pozostała krew i parę flaków. W sumie dobrze, inni mogą pomyśleć, że
to jakiś rozjechany zwierzak. Teraz muszę wrócić do miasta i odnaleźć Roberta.
Robert. Myśli o nim wciąż nawiedzały mój umysł. Wracałem do miasta całą noc bo
zgubiłem się trochę w lesie. Może moje szare komórki zaczęły w końcu gnić? Oby
nie.
Po powrocie do miasta przeczekałem aż zrobi się znowu ciemno i udałem się od
razu na stary most, ulubione miejsce Roberta, jednak nie było go tam.
Przechodziłem dwa razy pod mostem, przeszukałem opuszczone domy koło niego.
Nigdzie go nie było.
Wszystkie troski o niego wróciły z zdwojoną siłą. Przestałem na chwilę go szukać i usiadłem na
ławce. Nie chciałem się tak szybko poddawać, ale zrobiło mi się zbyt smutno.
Gdybym umiał płakać to pewnie w tej chwili uciekło mi parę łez. Teraz wyszły na
wierzch wszystkie moje smutki od czasu mojej śmierci. Nie mogłem stracić
Roberta. Tylko on mi został. Bez niego nie dam sobie rady. Nie chodzi mi o
kwestię fizyczną ale o psychiczną. Robert pomagał mi nie popadać w trupią
depresję. Miałem tylko jego. Nie wiem co z moimi rodzicami, nie wiem co z moją
rodziną (o ile takową w ogóle mam) nie wiem co z moimi kumplami. Cud, że w
ogóle o nich pamiętam. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nigdy się tego nie
dowiem. Przecież nie mogę tak po prostu do nich pójść. Czemu? Bo nie pamiętam
adresów i w dodatku jestem w pierwszym stopniu rozkładu. A na halloween trochę
za wcześnie. Dlatego koniec mazania, czas zająć się Robertem.
Zanim sprawdzę kolejne miejsca często odwiedzane przez niego, muszę udać się do
„bazy”. Może on tam jest i czeka/martwi się o mnie? Albo był i postanowił mnie
poszukać. A może jakiś inny umarlak wie co się z nim stało?
Kolejny dzień w martwą dupę. Przez moje rozklejenie się znowu musiałem poczekać
do wieczora. W dodatku zjadłem mięso dla Roberta. Nigdy nie umiałem się
dzielić.
Gdy dotarłem, o zmierzchu, do osiedla od razu
zacząłem wypytywać (próbować
wychrząkać imię) i szukać mojego martwego przyjaciela. Niestety żaden z trupów
nie wiedział gdzie on jest. Ja wiedziałem tylko, że na pewno nie ma i nie było
go przy moście oraz to, że nie ma go w „bazie”. Przeszukałem każde mieszkanie w
każdym bloku, każde mieszkanie w każdej kamienicy, cały sklep. Jednak nie było po
nim żadnego śladu. Jedyną rzeczą jaką
znalazłem były resztki po posiłku innego truposza, które schowałem znów do
kieszeni. Będę musiał być ostrożny podczas wymykania się z osiedla bo jeszcze
ktoś inny połasi się na prowiant dla mnie lub dla poszukiwanego umarlaka.
Zależy czy ja szybciej zgłodnieję czy to Robert szybko się znajdzie. Jak na
razie zapowiada się na to pierwsze, ale zachowam umiarkowanie w jedzeniu tak
długo jak tylko się da. Czyli; Robercie pospiesz się!
jestem tutaj pierwszy raz, ale bardzo mi się spodobało.. świetnie się czyta i jest wciągające.. na pewno jeszcze nie raz tu wrócę ;)
OdpowiedzUsuńobserwuje i zapraszam do mnie ;)
http://anuula.blogspot.com/