sobota, 6 kwietnia 2013
Rozdział 4
To było takie dziwne uczucie. Nie przypominam sobie żebym jako żywy czuł aż tak mocno bicie serca.
Widocznie teraz byłem zbyt przyzwyczajony do takiej pustki, bezruchu w mojej piersi.
Nie wiem...może to pod wpływem adrenaliny z powodu walki z zombie?
No bo raczej przywrócić serce do bicia jest zbyt trudne do wykonania przez jedną dziewczynę. Wyjątkowo piękną dziewczynę.
Dziewczynę która teraz się na mnie gapi i pewnie nie uciekła tylko dlatego bo sparaliżował ją strach.
Było jeszcze za wcześnie na to by zombie znowu zaczynały się ukrywać. Nie wiem czemu ale nie odpowiadała mi wizja tej dziewczyny pożeranej przez resztę martwych.
Muszę ją gdzieś ukryć.
Pokazałem palcem wskazującym na usta, tak jak się czasem robi żeby kogoś uciszyć.
Chwyciłem ją za nadgarstek.
- Chodź - powiedziałem. Nawet nie źle mi to wszyło, patrząc też na to że nie jadłem od kilku dni.
Dziewczyna była chyba zbyt zaskoczona i wystraszona by zareagować. No cóż...widok dwóch walczących umarlaków nie należy do codzienności no nie?
Nawet dobrze, że była chwilowo (mam nadzieje) otępiała. To ułatwiło sprawę bo swoim krzyczeniem nie zbudziła by mieszkańców i nie przywołałaby zombie.
Tylko gdzie z nią pójść...Oo! Już wiem! Niedaleko stąd znajduje się stary budynek szkoły.
Jest wystarczająco blisko domów ludzi by inne trupy tam nie łaziły, a jednocześnie jest wystarczająco ponury i zniszczony by ludzie go unikali.
Gdy szliśmy do szkoły moją uwagę zwróciły dwie dziwne rzeczy. Niektóre ulice były wręcz puste, opuszczone. W żadnym oknie nie paliły się światła, nie było nic słychać. Żadnych zwierząt domowych lub dzikich ani ludzi.
Drugim był odcień nieba. Dopiero teraz zauważyłem, że był on lekko zielony. Nie było żadnej mgły ani nic, wiec niebo powinno być normalne a ono, mimo późnej godziny było w miarę jasne.
Jednak szybko przestałem myśleć o tym dziwnym niebie i ciszy. Bo w końcu stanęliśmy przed szkołą.
Budynek składał się z parteru i pierwszego piętra. Miał kształt prostokąta. Dłuższą częścią był obrócony w stronę ulicy. Na środku był mały ganek i wejście do szkoły. Po obu stronach drzwi było tyle samo okien, czyli po trzy. Na pierwszym piętrze było ich siedem.
Budynek był zbudowany z czerwonej cegły. Wokół niego było pełno zaniedbanych roślin i śmieci. O dziwo, nie było na nim ani jednego graffiti W środku było ciemno i panował straszny bałagan. Złażąca farba, pękające ściany, odchodzący tynk, dziury w suficie i ścianach, pełno pajęczyn i kurzu.
Weszliśmy do jednej z mniej zniszczonych sal.
Niektóre ławki były poprzewracane, niektórych brakowało. Reszta stała normalnie. To samo dotyczyło się krzeseł i innych mebli.
Wszystko było zniszczone przez czas. Wszędzie był kurz i pajęczyny, śmierdziało stęchlizną.
Dziewczyna usiadła na jednym z krzeseł. Usiadłem kawałek dalej, naprzeciwko niej.
Jej twarz nadal nie wyrażała żadnych emocji. Dopiero po pewnym czasie spojrzała na mnie.
- Czemu mnie tu przyprowadziłeś? Nic ci nie zrobiłam - powiedziała. Jej oczy były powiększone ze strachu i kręciły się w nich łzy. Głos lekko łamał jej się. Odwróciłem od niej wzrok, jednak ona nie ustępowała - Proszę...wypuść mnie. Nikomu nie powiem o tym morderstwie. Wiem, że wszyscy tak mówią, ale ja naprawdę nic nie powiem!
W tej chwili rozpłakała się.
Cholera. Myśli, że chce ją zabić...muszę ją jakoś uspokoić. Chrząknąłem żeby na mnie spojrzała. Gdy to zrobiła przejechałem palcem po szyi a potem pokręciłem przecząco głową.
Źle to zrozumiała bo zaczęła jeszcze głośniej szlochać.
Podszedłem do niej. Skuliła się jeszcze bardziej i jeszcze głośniej zaczęła płakać. Złapałem ją za ramię i powiedziałem aż tak mocno zachrypniętym głosem, że dziwię się że cokolwiek zrozumiała.
- Nie...płacz...ja...nie... - i tu znowu przejechałem palcem po szyi, po czym wskazałem na okno - tam... inni...tak
-J-jacy inni? - spytała z trudem łapiąc oddech.
Spojrzałem w okno. Powiedzieć jej czy nie powiedzieć? W sumie...nie chce jej zabić, ale jeśli puszczę ją żywą to powie odpowiednim służbą o całym zdarzeniu i ci nas pewnie znajdą.
A jeśli jej powiem...jeśli wzbudzę w niej litość lub chociażby zaufanie...może nawet nam, mi, pomoże?
- C-czy...wierzy..sz...w zo...mbie? - spytałem. Powiedziałem to niewyraźnie, w dodatku z tą ohydną chrypką, że zdziwiłem się że nie zaczęła płakać znowu.
- Nie... - odpowiedziała. Jeszcze bardziej zaniepokoiła się, ale posłała mi ciekawskie spojrzenie.
Patrzyłem się chwile na nią, potem znów na okno.
- To uwie...rz.
Dziewczyna zmrużyła oczy i przechyliła głowę w bok. Nie pozostało mi nic innego jak dać jej...to znaczy pokazać dowód na to, że zombie istnieją, że to ja jestem ich przedstawicielem. Kiedyś podczas polowania pewien mężczyzna wbił mi w serce nóż. Było to dość dawno ale rana nadal nie zagoiła się, była wciąż otwarta i taka dziwnie mokra.
Zacząłem zdejmować górną część garnituru.
No właśnie! Jak ja musiałem debilnie wyglądać...Garnitur...brudny od krwi i błota...moja twarz, w zasadzie nie tylko twarz pewnie też zbyt czysta nie była.
Kwestię wyglądu odłożyłem na chwile na bok. Najpierw odchyliłem marynarkę a potem próbując odpiąć koszule, zerwałem guziki. Wtedy odchyliłem to wszystko jeszcze bardziej pokazując jej moją ranę.
- T-teraz w-wierzysz? - spytałem. Ona przez chwile nie odpowiadała wpatrując się w ranę. Gdy spojrzała mi w oczy, zemdlała.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
więceeeej!!!!!!!!!!!!!!!!
OdpowiedzUsuń